wielk_trad_05.jpg (5496 bytes)    WIELKI TYDZIEŃ

Wielka Środa

     Wielkanocne rekolekcje już zakończone, większość parafian wyspowiadała się i każdego dnia w Wielkim Tygodniu może przystępować do Komunii świętej.
     W Wielką Środę na jutrzni kościół był wypełniony ludźmi do ostatniego miejsca. Każdy chciał zobaczyć, jak proboszcz i wikary wychodząc z kościoła nie przez zakrystię, jak zwykle, ale główną nawą, będą uderzać brewiarzami o ławki. Tradycja nakazywała im czynić tak na pamiątkę męki Chrystusa.
      Ledwie księża opuścili kruchtę, a już rozwydrzone chlopaczyska z solidnymi kijami w rękach bezszelestnie przekradły się przez zakrystię. Wychyliły się zza ołtarza roześmiane gęby. Chłopcy wychodzili kocim krokiem przed balaski, ledwie przyklęknąwszy przed tabernakulum, i trzaskali kijami o ławki! Starsi obecni w kościele podskakiwali z przestrachu. Wnet podnosił się gwar oburzonych głosów. Wiadomo, kto nie okazał Bogu w Jego domu należytej czci! Zawsze ci sami, zakała okolicy! A oni uderzali kijami z całej mocy „...czyniąc grzmot po kościele jak największy"70. Wreszcie znalazło się kilku bogobojnych parafian, dość energicznych, którzy wyrzucili swawolników. Nie musieli nawet zadawać sobie wiele trudu, bo chłopcy, osiągnąwszy zamierzony cel, sami wybiegli z kościoła. Poganiała ich chęć do nowej psoty, którą powtarzali każdego roku w Wielką Środę.
      Ze słomy, sznurka i szmat robili wielką kukłę, podobną do Marzanny, ale tym razem słomiana postać przedstawiała Judasza. Świadczyło o tym trzydzieści kawałków potłuczonego szkła, niby trzydzieści srebrników, w mieszku przytroczonym Judaszowi do konopnego pasa. Dwóch wyrostków wnosiło tę postać na kościelną wieżę, a reszta hałastry oczekiwała na dole, dzierżąc te kije, które niedawno były narzędziem gorszącego zajścia w kościele. Wrzeszczeli, gwizdali, skakali... Z wieży leciał Judasz! Zgubił kapelusz, spadł. Chłopcy rzucali się na zdrajcę, okładając go kijami, a krzyczeli przy tym, że uszy puchły. Judasz! Judasz! Pryskała sieczka z młóconej słomy. A oni bili, walili, tłukli dopóty, dopóki z Judasza nie została tylko garstka śmieci, a i tę resztkę zbierali, by wrzucić do jakiej wody albo spalić. Po Judaszu nie może zostać nawet ślad. Czasem zamiast Judasza zrzucano czarnego kota. Biedne zwierzątko miało symbolizować Chrystusowego zdrajcę, wziąć na siebie jego winy.
     Niekiedy bywało i tak, że rozwydrzeni młodzieńcy napadali na Żydów. „Jeżeli Żyd jaki niewiadomy tej ceremonii nawinął się im - opowiada ks. Kitowicz - porzuciwszy zmyślonego Judasza - prawdziwego Judę tak długo i szczerze kijami obkładali, póki się do jakiego domu nie salwował".
      Wielka Środa - Wielkanoc była już blisko. Gospodynie zajmowały się sprzątaniem. Do niedzieli wszystko musiało być oczyszczone: dusza, ciało, chata i cale obejście. Bielono izby. Czasem do kredy dodano chabrowej farbki - muchy nie lubią tego koloru. Tam gdzie była panna na wydaniu, gospodarz zostawiał nie pomalowaną ścianę szczytową, tylko ochlapaną pędzlem pełnym farby. Utworzone w ten sposób, dobrze widoczne na ciemnym tle zmurszałych desek wzory to znak dla kawalerów. Po obejściu uwijały się gospodynie i ich córki. Wynosiły poduchy i pierzyny, wieszały na plotach makaty i dery. Odświeżano kożuchy, sukmany, kapoty, zapaski i wszelki przyodziewek, wypychano, moszczono sienniki świeżym sianem, zanim dano na pościel nowe obleczenie, myto podłogi, stoły, lawy, szybki w oknach. I o żywinie Bóg nakazał pamiętać; bielono chlewik i oborę, kładziono nową podściółkę, na koniec latano dziury w płocie i zamiatano podwórze. Po takim obejściu było widać, że Wielkanoc blisko.
     Żeby jeszcze oczyścić serce z całorocznego brudu zawiści i jadu... Starano się, by Zbawiciel zmartwychwstały przyszedł do lśniących czystością serc i domów.
     Misjonarz na rekolekcjach kazał czynić pokutę, jak ta panna, której historię powtarzano w Rzeszowskiem jako modlitwę na wielki post:
Szedł Pan Jezus na obchody,
Grzeszna panna niosła wody.
- Stań panno, spocznij sobie,
Napiję ja się tej wody! -
- A ta woda nie jest czysta,
Pełno w niej prochu, liścia. -
- Tyś ją, panno, zamąciła,
Siedmiuś synów utopiła! -
A coś Ty za prorok taki,
Żebyś poznał na mnie znaki?
-I ta panna bardzo zbladła
Ina ziemię krzyżem padła.
- Wstań, ty panno, nie lękaj się.
Idź do kościoła, spowiadaj się.
Uklęknij sobie w przednim progu,
Spowiadaj się Panu Bogu.
Jak się panna spowiadała
Wszystka ziemia pod nią drżała.
Wszystkie organy zagrały,
Do nieba ją wprowadzały.
I wszystkie dzwony dzwoniły,
Do nieba ją prowadziły.


Fragment książki Ewy Ferenc „Polskie tradycje świąteczne” Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha Sp. z o. o. Poznań 2000


Wielki Czwartek

Liturgia Wielkiego Czwartku jest niezwykła. Bo też i na pamiątkę niezwykłych wydarzeń ustanowił ją Kościół. W katedrach biskupi święcą w tym dniu oleje, potrzebne przy udzielaniu sakramentu chrztu, bierzmowania i sakramentu chorych. Oliwa była niegdyś środkiem wzmacniającym i leczniczym, a gałązki drzewa oliwkowego -symbolem pokoju. Dlatego Kościół tak szeroko wykorzystuje oliwę w swoich obrzędach.
Podczas uroczystej mszy wieczornej biją dzwony. Ich serca tak łomocą, że aż tym, którzy nie zmieścili się we wnętrzu kościoła, zapiera dech. Ale jeszcze tylko parę uderzeń i zamilkną, by odezwać się ponownie dopiero w Wielką Sobotę. Zamilkną też dzwonki przy ołtarzu. Ich radosny głos zostanie zastąpiony przez głuche klaskanie kołatek. Chrystus wydany na mękę krzyżową cierpi, a cały Kościół pogrąża się w smutku i żałobie.
Wielki Czwartek nazwano ,,wielkim", ponieważ w tym dniu w Wieczerniku rozegrały się tak brzemienne w skutki wydarzenia: „ A gdy nadeszła godzina, zasiadł do stołu i dwunastu apostołów z Nim. Wtedy powiedział do nich: Tak bardzo pragnąłem spożywać z wami tę Paschę, zanim zacznę cierpieć. Bo mówię wam, że już nie będę jej pożywał, aż się dopełni w królestwie Bożym. A potem wziął kielich, odmówił modlitwę dziękczynną i powiedział: Weźcie go i podzielcie między siebie. Bo mówię wam, że odtąd już nie będę pil z owocu winnego szczepu, dopóki nie przyjdzie królestwo Boże. A potem wziąwszy chleb, odmówił dziękczynienie, połamał i rozdał go im mówiąc: To jest ciało moje wydane za was. Czyńcie to samo na moją pamiątkę. Podobnie po wieczerzy wziął kielich i powiedział: Ten kielich jest Nowym Przymierzem we krwi mojej, która będzie za was wylana..." (Łk 22, 14-20).
Po mszy św. ksiądz obnaża ołtarz. Czyni tak na pamiątkę obnażenia Jezusa z szat i obmycia Jego ciała. Z ołtarza zdjęto wszystko, nawet krzyże i lichtarze. To piękny polski zwyczaj i jakże przywodzący na myśl te chwile kiedy Jezus „...wstał od stołu, złożył swe szaty, wziął prześcieradło i przepasał się nim. Potem napełnił naczynie wodą, zaczął umywać uczniom nogi i ocierać je prześcieradłem, którym był przepasany..." (J 13, 4-5).
Modlili się ludzie w wielkoczwartkowy wieczór, a później wracali do domów, do codzienności, krzątaniny i często zapominali, o czym myśleli przed nagim ołtarzem. Modlitwa, rozważania nie wszystkich jednakowo absorbowały. Byli i tacy, zwłaszcza wśród młodzieży, co nie rozprawiwszy się z Judaszem w Wielką Środę, chcieli uczynić to teraz. Wlekli więc słomianą kukłę, odzianą w łachy ubiegłorocznego stracha na wróble. Ciągnęli ją ulicami, wokół chałup, po miedzach, aż wreszcie postrzępioną wrzucali do rzeki. A ten Judasz jeszcze płynął, dopóki nie nasiąknął wodą, więc ciskali w niego grudami błota, kamieniami. Trafi się go czy nie trafi? To była wesoła zabawa!
Dziewczęta co innego miały w głowie. Myślały o urodzie, strojach... Każda chciała się podobać. Dla urody warto było wejść nawet do lodowatej wody. Woda musiała być bieżąca, a więc strumień, rzeka, źródło. Tylko w Wielki Czwartek nabierała niezwykłej mocy przysparzania dziewczętom gładkości. Więc chociaż łamało w kościach, drętwiały nogi - zanurzały się miodki w strugach. Później biegły do domu sprawdzić w lusterku, czy znikły piegi i krosty i czy cera stała się alabastrowa, rumieńce jak zorza, brwi jak jaskółcze skrzydła, a usta jak wiśnie. Kąpać się należało o zmroku, ale to pewnie dlatego, by nikt nie podejrzał.
Wielki Czwartek od dawien dawna uważany był przez Słowian za dzień zaduszny. We wschodniej Małopolsce gospodynie piekły w tym dniu specjalne baby, zwane perepiczkami. Zanoszono je na cmentarz wraz z garncem pełnym wody. Tam, nad grobami, a więc tak jakby w obecności przodków, gospodarze wymieniali między sobą perepiczki i wodę. Jeszcze w XVIII w., a miejscami i w wieku XIX, istniał w tym dniu zakaz przędzenia i szycia. Podobny zakaz obowiązywał we wszystkie dnie zaduszne w ciągu roku.
Wierzono także, iż w tym dniu przychodzą odwiedzić dom „ubożęta" - małe duszki opiekujące się chatą i obejściem. Zostawiano im na piecu czy stole okruchy chleba i odrobiny innych potraw, aby posiliły się, kiedy przyjdą. One przecież tak życzliwie opiekowały się domem. Nasze dzieci znają je jako krasnoludki.
Wierzono, że te małe skrzaty, podobnie jak dusze zmarłych przodków, zamieszkują w piecu. Dlatego w Wielki Czwartek - dzień odwiedzin dusz - nie wolno było piec chleba; można by niechcący zrobić krzywdę jakiejś duszy. Dusze są wprawdzie dobre, ale męczone w piecu mogłyby zechcieć zemścić się za swoje cierpienia. Biada takiemu gospodarstwu! Pola będą puste i pusta komora. Więc nie pieczono chleba w Wielki Czwartek. Jeśli zaś koniecznie trzeba było napalić w piecu, to aby przebłagać dusze za naruszenie ich spokoju, należało niezwłocznie dać na mszę św. i już w ciągu całego roku w dni czwartkowe wystrzegać się pieczenia chleba.
Poza piecem dusze najchętniej przebywały na rozstajach dróg, na miedzach i na wszelkich innych terenach granicznych. I tak jak dzisiaj palimy na mogiłach świeczki i znicze, tak do niedawna w miejscach granicznych w dnie poświęcone zmarłym, a więc i w Wielki Czwartek, palono ogniska. Najczęściej można je było spotkać na rozstajach dróg, pod kapliczkami - Bożymi Mękami, pod krzyżami. Jeśli krzyż spróchniał i trzeba było zastąpić go nowym, to zmurszałe szczątki starego palono na rozstajach w Wielki Czwartek.
Dzień dobiegał końca. Ludzie udawali się na spoczynek. Pełni wrażeń zasypiali mając pod powiekami barwne plamy układające się w kształt obrazów z dopiero co minionego dnia. Ludzie zasnęli jak Apostołowie, choć Jezus kazał im czuwać. A On modlił się w Ogrójcu.
Fragment książki Ewy Ferenc „Polskie tradycje świąteczne”
Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha Sp. z o. o. Poznań 2000


Wielki Piątek

To najsmutniejszy dzień w roku. Chrystus skonał po długich mękach i śmierć zatriumfowała. Śmierć, czyli zło. Dzwony milczą. Nawet i one nie płoszą demonów. Znikąd ratunku. Nie ma gdzie się schronić. Człowiek zdany jest na pastwę szatana.
Tak przeżywano ten dzień jeszcze niedawno, stąd czarny kolor szat. Dziś akcentuje się przede wszystkim męczeńską śmierć Zbawiciela, stąd obecnie czerwony kolor szat liturgicznych.
Każdy, kto tylko mógł, wstępował do kościoła choć na chwilę, by z nadzieją popatrzeć na osłonięty krzyż, by czuwać u grobu Pana wraz ze stojącą na baczność strażą. „Gdziekolwiek zaś przed pałacami lub w koszarach - pisał ks. Kitowicz - stały szyldwachy żołnierskie, wszędzie przez ten czas mieli karabiny rurami na dół a kolbami do góry obrócone i żaden bęben żołnierski lub kapela po ten czas nie dala się słyszeć, stosując się do smutku kościelnego..."
Groby Chrystusa to prawdziwie polska tradycja. Czuwające przy nich „szyldwachy" nie zawsze były żołnierskie. Często wartę pełnili strażacy w Chełmach na tę okoliczność tak wypolerowanych, że lśniły jak lustro. Miejsce u grobu Pańskiego zajmowali też przedstawiciele cechów rzemieślniczych. W okresie międzywojennym „...u grobu stali młodzieńcy z prawdziwymi karabinami. Karabiny dostali państwowe" - wspominał pewien starszy człowiek. Zwyczaj zaciągania wart przy grobie Chrystusa przetrwał do naszych czasów.
Wygląd grobów Pańskich ok. połowy XVIII w. był następujący: „Groby robione były w formę rozmaitą, stosowną do jakiej historyi z Pisma Świętego Starego lub Nowego Testamentu wyjętej. Na przykład: reprezentowały Abrahama patryjarchę, syna swego Izaaka na ofiarę Bogu zabić chcącego, albo Józefa patryjarchę od braci swoich do studni wpuszczanego, albo Daniela proroka w jamie między lwami zostającego, albo Jonasza, którego wieloryb połyka paszczęką swoją itp. Z Nowego Testamentu: Górę Kalwaryjską z zawieszonym na krzyżu Chrystusem, z żołnierzami, którzy Go krzyżowali i tłumem żydo-stwa, którzy się temu krzyżowaniu przypatrywali; skalę, w której grób był wycięty i w której ciało Chrystusa było złożone, z żołnierzami na straży grobu postawionymi, śpiącymi, albo też inną jaką tajemnicę Męki lub Zmartwychwstania Chrystusowego. Po niektórych kościołach takowe wyobrażenia były ruchome. Lwy błyskały oczami szklanymi, kolorami iskrzącymi się i światłem z tylu napuszczonymi, wachlowały jęzorami z paszczęk wywieszonymi. Morze bałwany swoje miotało, Longin siedzący na koniu zbliżał się do boku Chrystusowego z włócznią. Maryje, stojące pod krzyżem, ręce do oczów z chustkami podnosiły i jakoby zemdlone na dół opuszczały. W osobie albo - właściwie mówiąc - w wizerunku osoby, która była treścią historyi i argumentem, wyrżnięta była dziura okrągła w piersiach lub w boku tak wielka jak Hostyja, przez którą dziurę widzieć się dawała sama tylko Hostyja w monstrancji będąca, za taż osobą na postumencie postawionej. Ozdabiano te groby rzeźbą, malowaniem, arkadami w głęboką perspektywę ułożonymi, światłem rzęsistym lamp ukrytych i świec oświeconymi, a po bokach i z frontu kobiercami i szpalerami obslaniali, przesadzając się jedni nad drugich w ozdobności grobów..."
W całym tym opisie nie ma mowy o kwiatach, bez których dzisiaj trudno wyobrazić sobie grób Jezusa. „...Pijarowie warszawscy nie stroili grobu z historyi, tylko wystawiwszy Sanctissimum na ołtarzu wielkim, dostatkiem świec woskowych białych w pewnej symetryi tak na ołtarzu, jako też [gradusach] stopniach jego nastawiali..."
Dzisiaj gipsowa albo drewniana figura zmarłego Jezusa spoczywa w stylizowanej grocie, wypełnionej cynerariami o pastelowych barwach. Bywają też inne kwiaty. Jest warta: młodzież, strażacy, przedstawiciele cechów. Ludzie przychodzą odwiedzać grób tak jak dawniej, chociaż jego wygląd jest, być może, mniej atrakcyjny niż za Augusta III: „Groby obchodzili duchowni wszelakiego gatunku: biskupi, prałaci, kanonicy, księża świeccy, zakonnicy parami, świeccy ludzie:
senatorowie, rozmaitej rangi szlachta, panowie i panie w kompaniach zebranych, albo też w domowych familiach lub pojedynczo, jak się komu podobało, jedni pieszo, drudzy karetami. Konwiktorowie [uczniowie mieszkający w kolegium szkolnym] pijarscy, jezuiccy i teatyńscy, obchodzili z osobna każde zgromadzenie pod dozorem i asystencyją swoich profesorów.
W każdym kościele na wniściu do grobu siedziały panienki albo i damy wyższej rangi z tacami srebrnymi, kwestujące jałmużnę od przechodzących na pożytek tego kościoła, w którym takową kwestę czyniły. Nie wolały one na nikogo o jałmużnę usty swemi, ale tylko brzękiem tacy o ławkę trąconej, i czym kto znaczniejszy lub lepiej ubrany przechodził, tym większy brzęk na niego czyniły. Urodziwe kwestarki zazwyczaj więcej ukwestowały niż te, którym na urodzie schodziło, przez wrodzoną ku urodzie skłonność nawet w pobożnej szczodrobliwości. Przy niektórych grobach prócz kwestarek, wyżej wyrażonych, stawały z jakową relikwią do całowania ludowi, na stole obrusem, kobiercem i świecami przyozdobionym wystawioną, osoby zakonne, klerycy lub braciszkowie. Na gradusie [stopniu] przy takim stole położona była taca, na którą przystępujący do całowania relikwij wrzucali jaki pieniądz podług woli swojej; szeląg, grosz albo trojak, albo szostak bity, który miał w sobie waloru dwanaście groszy miedzianych i szelągów dwa. Przed każdym także grobem, na kobiercu na ziemi rozpostartym leżał krucyfiks z tacą w końcu postawioną, na którą całujący krucyfiks rzucali podobnież jako wyżej pieniądze, a jeżeli gdzie nie było tacy pod krucyfiksem, rzucali je na kobierzec. Oprócz kwestarek i kwestarzów miejscowych każdego kościoła, stawali obcy i obce od różnych bractw lub szpitalów po kruchtach i po różnych miejscach kościoła, na linii do grobu prowadzącej.
Obchodzenie grobów zaczynało się od godziny pierwszej po południu i trwało do północka, a to tylko po wielkich miastach, gdzie się znajduje wielość kościołów i ludu. Za dnia obchodzili groby panowie i panie, w nocy służebna czeladź, której się razem z państwem obchodzić nie dostało [...]
August III, lubo był pan wielce pobożny i więcej jeszcze pobożną od niego była królowa, grobów jednak nie obchodzili. Sama królowa kiedy bywała w Polszcze, wraz z mężem królem, z synami i córkami bywała na nabożeństwie wielkopiątkowym w kościele farnym kolegiackim św. Jana. Tam po zaprowadzeniu Chrystusa Pana do grobu, pomodliwszy się nieco królestwo powracali z familią swoją do pałacu. Po obiedzie królowa z córkami przyjeżdżała znowu do tejże fary, gdzie przykładnym nabożeństwem odklęczawszy godzinę przed grobem, powracała do pałacu a czasem nawiedzała te groby: u Reformatów, u panien Sakramentek, u Karmelitanek i u Wizytek.
Gdy zaś umarła w Saksonii a sam król podczas siedmioletniej wojny z Prusakiem mieszkał przez ten czas w Warszawie, grobów nie odwiedzał, jako się wyżej rzekło, tylko u Augustyjanów o godz. 5 po pół. bywał na lamentacyjach, które wyborną sztuką muzyczną śpiewali jego nadworni śpiewacy i śpiewaczki z pomocą rozmaitych instrumentów. Warta postawiona u wszystkich drzwi kościelnych dla trzymania tłoku, nie puszczała tylko dystyngowańszych i tych poty tylko, póki się kościół nie zagęścił. Król raz uklęknąwszy na pulpicie modlił się nieporuszony i wlepiony w Sanctissimum przez całą kantatę".
Na wsi Wielki Piątek był dniem bardziej przejmującym grozą i smutkiem niż w mieście. Chrystus opuścił swoje stworzenie, panoszyło się zło. Należało bardzo uważać, by niechcący nie wpuścić w obejście czarownicy. Taka ledwie spojrzawszy na dzieciaka, zaraz zadałaby chorobę. A nie daj Bóg, by weszła do chlewa! Wszystkie wieprzki padną... Ileż szkody może narobić taka baba! Gdyby nie zauważona przez gospodarzy, wśliznęła się do obory, przeciągnęła lejcami po grzbiecie krowy, to już po mleku, nie byłoby go przez cały rok. Oj, denerwowały się gospodynie w tym dniu. Tyle miały do zrobienia, a musiały zaprzątać sobie głowę babą przeklętą! A nie wpuścić nikogo - też źle. Wielu dziadów proszalnych snuło się tego dnia gościńcem i rozchodziło po opłotkach. Odmowę jałmużny uczciwemu człowiekowi w dzień Męki Pana traktowano jako ciężki grzech. Ale jak było poznać dobrego, takiego, co to pomodli się do Boga i Najświętszej Panienki w imieniu zapracowanej gospodyni z wdzięczności za kawałek chleba, jajko czy groszaka? Uczciwy mówił: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. To święte imię przechodziło tylko przez poczciwe usta. Ale cwana baba mogła stanąwszy przy plocie wymamrotać: Niech będzie pochwalony... i zawiesić glos. I kogo ona chwaliła, dobrego czy złego? Tylko ona to wiedziała. O straszny dzień, ciągnie się bez końca!
Starsi nic nie jedli. Tylko dzieci dostawały po pajdzie chleba. Niektóre gospodynie już wcześniej (w Wielki Czwartek i Piątek nie wolno rozpalać ognia w piecu chlebowym) upiekły praczliczki z mąki i wody, potrawę w sam raz na wielki post. Równie postne były plaskury - cieniutkie placuszki na wodzie z szafranem. Plaskury przygotowywali tylko bogatsi, bo szafran był drogi, specjalnie na Wielki Piątek; wisiały w płóciennym worku w komorze od kilku dni. Gdyby w Wielki Piątek cokolwiek pieczono w piecu w którejkolwiek chacie, cala wieś skazana byłaby na głód z powodu suszy. Odwrócić tę klęskę mogło tylko moczenie w stawie dzieżki tej gospodyni, która złamała zakaz.
W Wielki Piątek umarł Chrystus. W każdej sadybie i w każdym ludzkim sercu powinna być żałoba. Kiedy umiera ktoś z domowników, to też zasłania się lustra, nie wolno się czesać, nie wolno zabijać zwierząt, i nie wolno piec chleba. Trzeba natomiast, na pamiątkę Męki Chrystusowej, lekko uderzyć rózgą każde dziecko po kolei, od najstarszego do najmłodszego i wypowiadać przy tym: „Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami". Symboliczną chłostę odbierali też czeladnicy z rąk swoich mistrzów.
W wielu regionach Polski wierzono, że woda w rzekach i strumieniach w Wielki Piątek nabiera cudownych uzdrawiających mocy. Prowadzono więc chorych nad najbliższy brzeg i pomagano im obmyć umęczone ciało. A młode dziewczęta, które zawsze chciały podobać się chłopcom, biegły do wody wieczorem albo o wschodzie słońca święcie wierząc, że umycie liczka w tym dniu i o takiej właśnie porze zapewni cerze mleczną biel. Wracały zdyszane, do czoła przykleił się kosmyk mokrych włosów. Gospodarz wiedział gdzie były, więc spytał, czy jest rosa. To ważne, bo „jeśli w Wielki Piątek rosa - ładne będą prosa, a jeśli deszcz kropi - radujcie się chłopi!" Będzie urodzaj, stokrotnie wrócą się rzucone w rolę ziarna.
Kto nie byt w kościele rano szedł wieczorem. Pod murami siedziały stare babki, żebrały i śpiewały żałośnie. Nie starczało im już sil do innej pracy, więc zarabiały modlitwą. Były mądre. Swoje życie już przeżyły. Ludzie szanowali je i nikt nie skąpił grosza. Były wśród nich i złe, jędzowate baby, ale takim, rozpoznawszy je, nikt nic nie dal.
W kościele panowała cisza. Modlitewny szmer zawisł pod sklepieniem malowanym w srebrne gwiazdy. Jakaś starowina weszła do ławki, oparła o pulpit kij sękaty jak jej dłonie i z trudem ugiąwszy kolana, opadła w pełnej skruchy pozie. Po chwili podniosła brunatną twarz, po której płynęły łzy.
... Twoja główka krzywo zwisła, toćbych ją podparła,
Krwią pociekła Ci po liczku, toćbych ją otarła,
Picia chcesz, picia bych Ci dala,
Jeno nie Iza sięgnąć Twego świętego ciała...


Fragment książki Ewy Ferenc „Polskie tradycje świąteczne" Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha Sp. z o. o. Poznań 2000


Triduum Paschalne
Katarzyna Czarnecka

Obchody Paschalnego Triduum Męki i Zmartwychwstania Pańskiego rozpoczynają się wieczorną mszą świętą Wieczerzy Pańskiej, celebrowaną w Wielki Czwartek, kończą zaś — nabożeństwem nieszporów, odprawianym w Niedzielę Wielkanocną. Nazwy Triduum Paschalne używa się od 1929 roku; wcześniej mówiono o Triduum Sacrum . Łacińskie słowo triduum oznacza dokładnie 'trzy dni'. Tradycja Kościoła rzymskokatolickiego pozwala jednakże rozumieć triduum również jako trzy fazy misterium Odkupienia. Etap pierwszy to pożegnalna uczta, zwana Ostatnią Wieczerzą, oraz zapowiedź ofiary; etap drugi — wydarzenia Wielkiego Piątku, zakończone śmiercią Chrystusa na krzyżu; część trzecia — spoczynek w grobie i cud zmartwychwstania. Nie jest to już okres przygotowania, lecz czas bezpośredniego uczestnictwa w celebracji świąt.
Chrześcijańskie Święta Wielkanocne nawiązują do Paschy — największych uroczystości religii żydowskiej. Odpowiednikiem aramejskiego słowa pascha jest w języku hebrajskim nazwa pesach, bliska znaczeniowo polskiemu wyrazowi przejście. W okresie przed ukształtowaniem się narodu izraelskiego ludy pogańskie obchodziły na wiosnę święto pasterskie. Zgodnie z wierzeniami ludowymi zabijano wówczas zwierzę i jego krwią skraplano namioty, aby zachować najbliższych i dobytek od wpływu złych mocy. Następująca później uczta miała pogłębić więź rodzinną. Podczas posiłku należało całkowicie spożyć odpowiednio przyrządzone zwierzę — symbol życia; żadna jego cząstka nie powinna dostać się wrogim demonom. Święto to zyskało w Izraelu nową treść teologiczną: upamiętniało ocalenie Izraelitów od ostatniej spośród plag egipskich (czyli śmierci pierworodnych synów i zwierząt) oraz wyjście narodu pod wodzą Mojżesza z niewoli egipskiej. Opis pierwszego z tych wydarzeń, zawarty w Starym Testamencie, uwypukla podobieństwo do dawniejszych praktyk: „Mojżesz zwołał wszystkich starszych Izraela i rzekł do nich: "Odłączcie i weźcie baranka dla waszych rodzin i zabijcie jako paschę. Weźcie gałązkę hizopu i zanurzcie ją we krwi, która jest w naczyniu, i krwią z naczynia skropcie próg i oba odrzwia. Aż do rana nie powinien nikt z was wychodzić przed drzwi swego domu. A gdy Pan będzie przechodził, aby porazić Egipcjan, a zobaczy krew na progu i na odrzwiach, to ominie Pan takie drzwi i nie pozwoli Niszczycielowi wejść do tych domów, aby [was] zabijał»" (Wj 12,21-23). Dowodem Bożej opieki było również cudowne przejście przez Morze Czerwone. Ranga pierwotnego święta pasterskiego wzrosła zatem znacznie po przyjęciu go przez Żydów i nadaniu mu nowej interpretacji. Uroczystość tę obchodzono już nie tylko w gronie rodzinnym — potężny tłum pielgrzymów wędrował do świątyni, w której zabijano rytualnego baranka. Ucztę paschalną przygotowywano następnie w kręgach rodziny, niekiedy i znajomych. Zgodnie z odwieczną tradycją Paschę świętowano 14 dnia miesiąca Nissan, a zatem w dniu wiosennej pełni księżyca. Moment ten istotny jest również dla chrześcijan: początkowo termin świąt nie był ustabilizowany, ostatecznie jednak ustalono, że Wielkanoc przypada zawsze w niedzielę po pierwszej wiosennej pełni. Jako tzw. święto ruchome, związane z kalendarzem astronomicznym, Wielkanoc obchodzona bywa w okresie między 22 marca a 25 kwietnia.
Najstarsze wiadomości o rodzeniu się ceremonii Triduum Paschalnego pochodzą z zapisków Egerii (albo Eterii), pobożnej niewiasty z Galii lub Hiszpanii, która to kobieta w IV wieku pielgrzymowała do miejsc świętych w Palestynie. Obowiązujące współcześnie przepisy liturgiczne zostały unormowane listem apostolskim papieża Pawła VI, opublikowanym 14 lutego 1969 roku (treści papieskiego tekstu pt. Mysterii paschalis celebrationem czyli Obchodzenie Misterium Paschalnego przypomniała w roku 1988 Kongregacja Kultu Bożego). Przeżycia Triduum Paschalnego stanowią jedną rozbudowaną całość; podkreślają one związek śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.


Fragment książki „Wielkanoc w polskiej kulturze” Wydawnictwo „W drodze” Poznań 1997 Copyright by Katarzyna Czarnecka, 1997


Dyngusowe biczowanie
Roman Landowski

      Dyngusowe biczowanie zaczynano już w Wielki Piątek, ale raczej w kręgu najbliższej rodziny. Żona chłostnęła symboliczną rózgą męża, a dzieci otrzymywały czasem niezłe lanie - niby „wypłatę" za cały rok. Jeszcze gdzieś w początkach XVIII wieku widziano w pomorskich miastach kapturowych biczowników i jękliwe płaczki.
     Dzień Bożej męki na Kaszubach zwano Płaczebogiem. Jest to dzień ścisłego postu, który dawniej przeżywano koniecznie o suchym chlebie i wodzie tylko. W ten dzień czyniono też ostatnie przedświąteczne porządki. Krótko przed wschodem słońca - i wyłącznie o tej tylko porze - zamiatano izby, a śmieci wyrzucano za ogrodzenie domostwa. Tylko takie wysprzątanie domu zapewniało czystość na święta.
      W Wielki Piątek milkły dzwony, a w użycie wchodziły drewniane kołatki zwane klekotkami. Męska młodzież obchodziła wieś, klekocząc albo jeszcze głośniej terkocząc obrotowymi sznurami, by ogłosić wszystkim wielka żałobę. Zamiar był zacny, lecz towarzysząca mu na ogół wrzawa daleka była od smutku.
      Wygaszano w domach paleniska, a rozpalano je ponownie w sobotę. Służyły temu rozżarzone węgielki drzewne, przynoszone z ognisk, które palono na rozstajach dróg. Najwłaściwszy dla podtrzymania obrzędowego ognia był szakłak ciernisty. Jego tlącą gałązką wzniecano na nowo domowe ognisko pod kuchenną płytą. Po rozpaleniu ognia, na drzwiach chałup i stajni drzewnym węglem znaczono czarne krzyże - na pomyślność i na pamiątkę męki Chrystusa. Przez tak znaczone drzwi nie miały dostępu żadne złe moce.


Fragment książki Romana Landowskiego „Dawnych obyczajów rok cały. Miedzy wiarą, tradycją i obrzędem” Wydawnictwo „Bernardinum” Pelplin 2000


Wielka Sobota

     W Wielką Sobotę gospodynie miały dużo pracy, gospodarze też. Babska to rzecz przygotować święcone. Na południe musiało być gotowe. Od świtu wszyscy się krzątali. Gospodynie z córkami zamykały się w izbie; piekły baby. Wielka to sztuka, bo baby musiały być ogromne, doskonale wyrośnięte, pulchne i lukrowane.
       Najważniejsze, aby kiedy ciasto rośnie, żaden chłop drzwi nie otworzył, bo przeciąg mógłby zawiać ciasto, a takie już niechybnie opadnie. Strata byłaby wielka: garniec przedniej mąki, kopa jaj, dwie kwaterki najlepszej śmietanki; cukru, rodzynek, masła i wanilii też niemało. Dzieża pełna lśniącego ciasta, starannie opatulona lnianym obrusem stała na zapiecku, w cieple. Minęło trochę czasu, zanim wytrawna gospodyni uznała, że już można nakładać je do foremek, do ponownego rośnięcia. Na koniec dwanaście razy nakłuła każdą palcem i wsuwała do ciepłego pieca. Najładniejsza baba będzie na święcone.
       Podczas gdy ciasto rosło, dziewczęta krasiły jajka. Na piecu w jednym garnczku warzyły się łupiny od cebuli, w drugim młode żyto, w trzecim „brezylię" - korzeń farbiarski o głębokim granatowym odcieniu, w jeszcze innym korę dębową. Dziewczęta zasiadły przy okienku, postawiły przed sobą czarkę roztopionego wosku. Każda trzymała w ręce ostro zastrugany patyczek i maczając go w wosku, pokrywała powierzchnię jajka we wzór, jakiego nauczyły ją matka i babka. Dodawała też coś od siebie. Poznać było po pisance, kto ją malował: Kurpianka, Kaszubka czy panna z Cieszyna. Dziewczyna pokrywała jajko woskiem pierwszy raz i zanurzyła w żółtym barwniku. Po wyschnięciu pokrywała woskiem to, co miało pozostać żółte i wkładała jajko do garnczka z innym kolorem. I tak wiele razy, aż osiągała taki wzór, o jakim myślała. Wreszcie lekko natłuszczała skorupkę, by nadać jej połysk. Na Wielkanoc szykowała całą miskę takich pięknych jajek. Bo gdzieżby Wielkanoc, wiosenne święta, mogły obyć się bez tego symbolu życia! Na Podolu, wśród barwnych kraszanek, kilka wyróżniało się czernią i bielą; zdobione były tylko tymi dwoma kolorami i rysunkiem podobnym do greckiego meandra, wyrażającym ruch fal - nieskończoność. Wzór ten obiegał skorupkę wielokrotnie, a jego początek łączył się z końcem. Motyw ten zwano „śmiertelnym", a zdobione w ten sposób pisanki przechowywano od świąt do świąt, by w razie zgonu w rodzinie włożyć je umarłemu do trumny.
       Na kraszankach w innych regionach Polski spotkać można było jodełki, jelenie, wiatraczki, róże i wiele innych motywów, a wszystkie coś znaczące. Dzisiaj już trudno odczytać ich symbolikę.
      Baby prawie gotowe, pisanki też, trzeba było jeszcze przygotować „paskę". Wypiekano ją z razowej mąki: pszennej, żytniej albo gryczanej, co kto lubił albo miał. Pulchność brała się częściowo z drożdży, a częściowo z zakwasu. Smarowano ją po wierzchu słoniną i ozdabiano krzyżem z ciasta. Niekiedy paska przypominała kołacz weselny, tak pokrywały ją roje ptaszków, szeregi kwiatów. Paska była smaczniejsza, kiedy gospodyni dodała do niej szafranu, imbiru lub liści bobkowych. Kiedy gospodyni piekła paskę, gospodarzowi nie wolno było zaglądać do dzieży ani tym bardziej do pieca, boby mu wąsy posiwiały. W ogóle wielkosobotnie zajęcia przy kuchni to nie męska sprawa. Ale gospodarzowi też nie brakowało pracy; musiał dać żywinie świeżą podściółkę, urżnąć sieczki na trzy dni, narwać królikom mleczu, a wieprzkom pokrzywy. Jeśli chłop z synami zgłodnieli, zaglądali w okienną szybę, a zdenerwowana gospodyni podawała im przez szparkę kilka placków z paskowego ciasta. Gospodarz jadł i szedł dalej oprzątać. Chłopcy biegli z nim w pole i tam, ukręciwszy kawałek bułeczki rzucali w ziemię wołając:
Kąkolu, kąkolu, nie lataj po polu.
Tylko po pańskim, albo po żydowskim!
      Kobiety miały zajęcie przy szykowaniu świątecznego jadła, gospodarz oprzątal, a parobczaki dokazywali; urządzali pogrzeb żurowi. Wszak koniec postu za kilka godzin. Żur... Jadano go niemal codziennie przez ostatnich czterdzieści pięć dni. Zbrzydł wszystkim już niepomiernie. Bywało że, któryś z chłopców przyniósł stary szkopek z resztką starego żuru i znęcał się nad nic nie winną zupą. Nasiusiał do niej, napluł, dołożył gnoju i hajda z tym paskudztwem na wieś! Biada chałupie, w której młode panny właśnie teraz krasiły pisanki; wysmarowano im cale drzwi, jeszcze i próg zachlapano plugastwem! Już było tak czysto, a tu nowa robota. O, hultaje! Poczekajcie, jeszcze się wam dostanie! A oni, nic sobie z babskich lamentów nie robiąc, pozostawioną w szkopku resztę żuru uroczyście pogrzebali pod płotem. Ale i dziewczyny często bywały nie lepsze. Niechby się nawinął pod ręką jaki parobek, a już one „przypadkowo" oblewały go garnkiem żuru albo pomyj.
      Zdarzały się przypadki odwetu i na śledziach. Młódź wieszała śledzia na drzewie, „karząc go niby za to, że przez sześć niedziel panował nad mięsem, morząc żołądki ludzkie słabym posiłkiem swoim".
      Przychodziła wreszcie ta godzina, o której z każdej chaty wychodziła kobieta z koszem pełnym jadła przyszykowanego do poświęcenia. W koszu musiały być: chleb albo jego świąteczna odmiana - paska, sól, pisanki, szynka, kiełbasa, chrzan, masło, ser, lukrowana drożdżowa baba, kołacze, strucle, mazurki - słowem cale paradne, świąteczne jadło. Jego rodzaj i ilość zależały od zamożności gospodarzy. Wszystko było pięknie ułożone na białym lnianym płótnie, przybrane zielonym bukszpanem, błękitnie rozkwitłym barwinkiem, baźkami, leszczyną.
      Pod kościół przychodzili też gospodarze. Wreszcie mogli zobaczyć owoc trudu żoninych rąk. Niektórzy liczyli, ile przypalonych chlebów przyniesiono pod kościół. Jeżeli więcej niż dwadzieścia cztery, zapowiadano, że lato będzie skwarne. Bywało, że młoda, niedoświadczona gospodyni przyniosła paskę popękaną, źle wyrośniętą: wstyd to przed całą wsią, a i zła wróżba dla przyszłości rodziny. Oby nie zapowiadała takich zbiorów, jak jej wygląd.
     Babska gromada rozgadywała się jak na targowisku. A trzeba było zamilknąć, bo z kościoła wychodzili ministranci, a za nimi ksiądz w białej komży. Ministranci nieśli naczynie z wodą święconą i kropidło. Ksiądz półgłosem odmawiał modlitwę, później kropidłem czynił znak krzyża. Krople wody wsiąkały w chleby i spływały po skorupkach jajek w koszykach bliżej stojących kobiet. To dobrze. Kościół pobłogosławił to, co niezbędne ciału - pożywienie, by poszło ludziom na zdrowie i dało siły do modlitwy i do pracy. Ciało dane jest od Boga, i Chrystus miał ludzkie ciało, więc jakże pełna dostojeństwa powinna być nasza ziemska powłoka! Ziemskie ciało ziemskiego potrzebuje pokarmu. Jezus po Zmartwychwstaniu, chcąc przekonać uczniów, że jest żywym człowiekiem, jadł miód i rybę.
      Święconkę odstawiano do jutra. Po rezurekcji domownicy rozpoczynali uroczyste śniadanie od dzielenia się, tym co poświęcone. Zaczynali od jaj i chleba. Legenda mówi, że kiedy Herod rozkazał pozabijać dzieciątka, Matka Boska pozostała w Betlejem. Żydzi złapali ją i męczyli, chcąc dowiedzieć się, gdzie ukryła swojego Synka. Tymczasem malutki Pan Jezus schronił się w chacie ubogiej kobiety. Ta, obawiając się o życie Chłopięcia, skroiła przylepkę od chleba, wydrążyła go i tam ukryła Dzieciątko. Potem Jezus, chcąc zmienić kryjówkę, wybiegł na podwórze, a kury, aby ratować Jezusa, zagrzebały Go w trociny i osłoniły skrzydłami. Na koniec wieprzki wyryły w ziemi norę, aby Zbawiciel mógł się tam schronić. Na pamiątkę tych wydarzeń w koszu ze święconką jest chleb, jaja i słonina. Rano święcił ksiądz wodę, w południe pokarmy, a wieczorem - ogień.
     Tak było kiedyś; dzisiaj święci się ogień i wodę wieczorem, podczas uroczystego obchodu wigilii paschalnej. Wodę odnowiono, a jakżeby drugi żywioł i wierny przyjaciel człowieka - ogień - mógł pozostać nieczysty?
      Najpierw trzeba było wygasić stare skry w piecach, piecykach i pod kuchniami. Żyłeś, ogniu, cały rok, to dla ciebie dość! Napatrzyłeś się ludzkiej biedy, codziennych kłopotów, nieobce ci kłótnie, awantury, a nawet bijatyki. Nie jesteś już czysty! Trzeba rozpalić cię od nowego, czystego źródła - od paschalu. Nie ma chaty, domu, pałacu, skąd nie ciągnęliby biedni, zamożni, bogaci, a każdy albo ze smolnymi szczapkami, albo ze świeczką woskową. Na nic zdawał się tu kaganek oliwny czy łojowy ogarek. Do przenoszenia nowego świętego ognia nadawały się tylko smolna szczapka albo świeczka z czystego wosku. Osłaniali parobczaki i dziewki nowy płomień; niedobrze, jeśli był wietrzny dzień i mocniejszy podmuch zmiótł wątły płomyczek. Trzeba wtedy pożyczyć nowego ognia od sąsiada. A co własny, to własny...
     We wszystkich chałupach wszystko było święte i nowe: ogień i woda, pobielane ściany i jadło, i serca ludzkie obmyte wielkopostną pokutą.


Fragment książki Ewy Ferenc „Polskie tradycje świąteczne” Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha Sp. z o. o. Poznań 2000
Copyright by Ewa Ferenc


Jastrowa woda
Roman Landowski

     Poza obrzędem ognia Wielka Sobota w ludowej tradycji wyznaczała właściwe miejsce symbolowi wody. O północy dziewczęta wybierały się do najbliższego strumienia, by się w wodzie zanurzyć i nabrać jej do dzbana. Wracając do domu należało zachować całkowitą ciszę i nie było wolno się rozglądać. Wodzie takiej przypisywano lecznicze właściwości. Po umyciu nią twarzy zapewniała piękną cerę, usuwała piegi, a po wypłukaniu ust gwarantowała zanik bólu zębów. Wierzono w to na całym Pomorzu, szczególnie na Kociewiu. Na Kaszubach zażywano oczyszczających kąpieli w rzekach i strumieniach przed przygotowaniem się do wyjścia na rezurekcyjną mszę. Jastrową wodą obmywano się tutaj przed wschodem słońca, kiedy jej uzdrowieńcza moc była ponoć największa. O brzasku pędzono konie i bydło do najbliższego strumienia, bo o tej porze wielkanocna woda najskuteczniej chroniła żywy inwentarz przed chorobami całego roku.
      Lud wiedział, że woda to rzecz święta, pierwsza po chlebie, w tym pojęciu dosłownym jak i symbolicznym - to źródło cielesnej, psychicznej i duchowej siły oczyszczenia i odnowy. Jak ten dzień Zmartwychwstania Pańskiego.


Fragment książki Romana Landowskiego „Dawnych obyczajów rok cały. Miedzy wiarą, tradycją i obrzędem” Wydawnictwo „Bernardinum” Pelplin 2000


Wielka Niedziela

      „A pierwszego dnia po szabacie bardzo wczesnym rankiem, kiedy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu" (J 20, l). Chrystusa już w nim nie było. Zmartwychwstał!
      Największy to i najwspanialszy dzień od chwili, gdy Bóg stworzył świat. Cały rok liturgiczny jest przygotowaniem i wznoszeniem się do tego dnia. Już pierwsze pokolenia chrześcijan uroczyście czciły pamiątkę Zmartwychwstania swojego Boskiego Mistrza.
      Wielkanoc jest świętem ruchomym. Wiadomo, że Chrystus powstał z grobu w nocy z soboty na niedzielę, ale nie można ustalić stałej daty. W przeszłości było to przyczyną licznych nieporozumień. Sprawą zajął się Sobór Nicejski w 325 r. Ustalił on, że odtąd Paschę chrześcijańską obchodzić się będzie w niedzielę przypadającą po pierwszej pełni księżyca, zaraz po zrównaniu wiosennym. Sobór zapomniał jednak podać obowiązującą datę zrównania wiosennego, co stało się powodem dalszych nieporozumień, przeciągających się aż po VII i VIII w. Jedni bowiem byli zwolennikami ustalenia jej na 18, inni na 21, a jeszcze inni na 25 marca. Wreszcie za sprawą św. Bedy Czcigodnego i Karola Wielkiego przyjęto ostateczną wersję - 21 marca.
       Wielkanoc obchodzona jest więc od VII/VIII w. po dziś dzień w niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca; najwcześniejszy możliwy termin Wielkanocy przypada na 22 marca. Zdarzyło się to ostatnio w 1818 r., ponownie zdarzy się w 2285 r. Najpóźniejszy możliwy termin - 25 kwietnia, ostatnio w 1943 r., powtórzy się w 2038 r. Godzina zmartwychwstania Chrystusa pozostaje Bożą tajemnicą.

REZUREKCJA

      Na pamiątkę i ku czci tej osłoniętej nocą chwili na całej polskiej ziemi obchodzi się rezurekcję. Opis tej uroczystości w drugiej połowie XVIII w. daje nieoceniony ks. Kitowicz:
      „Rezurekcyja albo procesyja w Dzień Wielkanocny cum Sanctissimo z grobu wyjętego bywała taka, jaka jest i dzisiaj, trzy razy obchodząca dokoła po kościele wewnątrz albo dokoła kościoła po cmentarzu lub krużgankach kościelnych, według sposobności, jaka gdzie była. Zaczynała się ta procesyja w miastach wielkich zazwyczaj o godzinie północnej z soboty na niedzielę. Gdzie atoli byty katedry, zaczynała się w wieczór w sobotę o godzinie dziewiątej. Po wsiach i miasteczkach małych, do których parochij należały wsie, zaczynała się do dnia w niedzielę albo też na wschodzie słońca. Niemal wszędzie po wsiach i małych miasteczkach podczas tej uroczystości procesy! strzelano z moździerzów i z harmatek, z organków, tj. kilku lub kilkunastu rur w jedno łoże osadzonych, w jednym rzędzie żłobkowatym zapały mających, albo też z ręcznej strzelby, pod którą w niektórych miejscach stawali żołnierze, gdzie mieli konsystencyje [stali załogą], a gdzie nie było żołnierzy, mieszczankowie z różnych cechów lub na wsiach parobcy. A że ci ludzie wyćwiczeni w taktyce [mustrze wojskowej] częstokroć nie razem, lecz po jednemu lub po kilku wydali ognia, co się czasem i żołnierzom trafiało, przeto urosło przysłowie między myśliwymi kiedy w kniei gęsto do zwierza strzelano: strzelają jak na rezurekcyję. W Warszawie, kiedy król August III mieszkał, który zawsze asystował rezurekcyi z królową, lub sam jak kiedy znajdował się w kraju, zaczynała się rezurekcyja o godzinie ósmej wieczorem. Dra-banci [żołnierze z jego straży przybocznej] we dwa rzędy uszykowani, tył królewski sobą zasłaniając szli wraz z procesyja obok Sanctissimum, na którym baldekin nieśli senatorowie lub urzędnicy koronni orderowi. Skoro się ruszyła w kościele procesyja, altyleryja koronna w tyle kościoła farnego z harmat - na Gnojowej Górze zatoczonych -wydala ognia sto razy wciąż [raz po raz]. Że król August był wzrostu wielkiego i otyły, a ku końcowi panowania swego już był w podeszłym wieku, przeto ażeby się nie zanadto mordował troistym kościoła obchodzeniem, w obecności jego procesyja chodziła tylko raz; po innych kościołach warszawskich zaczęta rezurekcyja o godzinie jedenastej przed pótnockiem w kościele misjonarskim - ciągnęła się po kolei aż do świtania. Wielu było z pospólstwa, którzy mieli sobie za nabożeństwo biegać od kościoła do kościoła z jednej rezurekcyi na drugą. Najpunktualniejsi zaś byli w tym rodzaju dewocyi rzezimieszkowie, którzy mieszając się w ciżbę, kieszenie z pieniędzmi wyrzynali albo z nich zegarki, tabakierki lub chustki ludowi wyciągali. I choć kto poczuł takowe plądrowanie w swojej kieszeni, będąc niesiony ciżbą i ściśniony jak w prasie albo się mu nie mógł odjąć, albo też dosyć dokazał, kiedy krzykiem gwałtownym i wcześniejszym swojej kalety [sakiewki] zachwyceniem złodzieja odstraszył..."
     O nieszczęsny człowieku, który grzeszysz kradzieżą w takim dniu! Już Sobór Laterański IV (1215 r.) sankcjonując przyjętą wcześniej praktykę nakazywał, aby spowiadać się i przystępować do komuni świętej co roku, właśnie w okresie wielkanocnym, aby przyjąć zmartwychwstałego Jezusa czystem sercem.
     Ludzie długo czekali na tę chwilę - cztery tysiące lat. Ciśnie się ciżba do kościoła, a kościół, choćby i największy, nie mógł pomieścić wszystkich. Chrystus Pan znajdował się jeszcze w grobie. I każdy chciałby zobaczyć Jego powstanie z martwych. Tłum wstrzymał oddech i na dany znak czuwające przy grobie straże waliły się z wielkim łomotem na posadzkę. Dreszcz przeszywał obserwujących to widowisko, a później gromkie „Alleluja!" omal nie rozsadziło murów świątyni.
       Kiedy uformował się już orszak i procesja zaczęła wychodzić z kościoła, huk moździeży zagłuszał wszystko. W Tarnopolskiem chłopcy strzelali z kluczy: sypali do dziury saletrę, popychali ją gwoździem i trzymając klucz za sznurek, trzaskali nim o mur. Hałas był ogromny. Później zakazano tej zabawy ponieważ powodowała wiele wypadków.
     Po rezurekcji krewni, sąsiedzi, znajomi podchodzili do siebie, witając się słowami: „Chrystus zmartwychwstał", a powitany odpowiadał: „Zmartwychwstał prawdziwie". Składne sobie życzenia zdrowych, spokojnych świąt, tak jak dzisiaj. Tylko pszczelarze i bartnicy chyłkiem pomykali, aby nie być przez nikogo zagadniętym, bo: „W dzień Zmartwychwstania Pańskiego, ten kto się zajmuje pszczołami, powinien iść do spowiedzi i przyjąwszy komunię świętą, udać się z kościoła prosto do pszczelnika, przez drogę na nikogo nie patrząc i z nikim nie rozmawiając. Przyszedłszy na miejsce, trzeba natychmiast chuchnąć do każdego ula i do wylotu, obejść go wkoło do trzeciego razu, a tego roku pszczoły będą się roiły obficie". Niechże i te pracowite stworzenia owionie łaska Zmartwychwstałego. Niech Jego błogosławieństwo spocznie na całym dobytku; po powrocie z kościoła gospodarz obchodził całą zagrodę, kropiąc ją wodą poświęconą w Wielką Sobotę.
      Teraz można było zasiąść do wielkanocnego śniadania. Stół zasłano śnieżnobiałym obrusem. Od tego tła cudnie odbijały brązy wędlin i pieczywa, pstre mozaiki pisanek i głęboka zieleń bukszpanu czy modrookiego barwinka, które zdobiły wszystko: zwój kiełbasy, nos pieczonego prosięcia, szynkę, nadziewany wątróbką brzuszek kapłona, kawałki korzenchrzanu, baranki z masła, biało lukrowaną babę z rodzynkami, strucle z serem, kołacze z orzechami i paskę - wielkanocny pszenny chleb. Na ozdobnym talerzyku leżały pokrojone w ćwiartki jajka ze święconki. W ubogich domach stół nie był tak suto zastawiony, ale nawet w najbiedniejszych znajdowało się w tym dniu mięso, paska i kraszanki. Na dworze królewskim za czasów Władysława Jagiełły do wypiekania wielkanocnych strucli z serem zużywano 800 jaj, worek białej mąki i 3 kopy serów.
      We wszystkich domach śniadanie rozpoczynano od dzielenia się poświęconym jajkiem, częstowania się nawzajem tym niezwykłym produktem, który zawiera w sobie zaklęte życie. Wierzono, że skorupka też ma nadzwyczajną moc; chroni przed szczurami i myszami, dlatego warto ją rozkruszyć i porozsypywać po kątach izby, komory i sieni. Gospodyni sypała też garstkę za plot, na rolę. Niechże żytko rośnie wysoko i dźwiga ciężkie kłosy. Resztę skorupek obnoszono w otwartej dłoni wszędzie tam, gdzie chadzały kury. Miało przydać im to zdrowia a gospodyni jajek. Także kości ze święconego mięsa nie mogły się zmarnować. Dawano je domowym kotom myszolapkom i psom - wiernym stróżom. Przez najbliższy rok wścieklizna nie będzie się ich imać. Zgromadzona przy odświętnym stole rodzina z apetytem pałaszowała jadło, które gospodyni przygotowywała przez kilka dni. Roboty żadnej nie ma, tylko żywinę nakarmić, a i to zostało nagotowane poprzedniego dnia. Spokój, cisza. Za szybkami pola pokryły się zielonym kobiercem zbóż, drzewa obsypały pąkami nabrzmiałymi jak krople deszczu. Tylko patrzeć, jak zaczną pękać, odpadnie brązowa luseczka, która lśni w słońcu, i ukaże się z początku tylko strzępek liścia, ale z każdym dniem będzie nabierał dojrzalszych kształtów. Pod płotem agrest - ten zieleni się najprędzej. Jeszcze lipa szara, jeszcze na zagonkach pusto, a ten już zielony, ba, nie wiedzieć kiedy, wypuścił cienkie szypulki z kwiatkami. Ciągną do nich pszczoły i trzmiele. Cóż mają robić, kiedy snu zimowego już dość, głód doskwiera, a pożytku nijakiego jeszcze nie ma. Tylko ten agrest i leszczyna.
     Gospodarz usiadł na przyzbie i pyka z fajeczki. Obok niego gospodyni położyła spracowane dłonie na kolanach, plecami wsparła się o ciepłą od słońca, wybieloną ścianę chałupy. - Piękny ten świat Boży, kiedy po zimowej śmierci zmartwychwstaje nowy, czysty, nieskalany... Czy będzie rodzić? Czy pozwoli ludziom żyć w dostatku? - myśleli. I wydawało im się, że znają sposoby... sposoby na to, by pobudzić moc rodzenia przyrody. Czyż święta te nie upływały pod znakiem jajek? A jajo to życie zaklęte. Powiadano też, że Chrystus Pan powstał z grobu jako pisklę z jaja. Tak i wiosna przebiła się przez skorupę lodu.
     Zabawy z jajkami trwały przez całą Wielką Niedzielę. Po południu młodzież gromadziła się na tłuczenie jaj. O, to był prawdziwy hazard! Stukano pisanką o pisankę. Czyja wytrzymała i nie pękła, tej właściciel otrzymywał w nagrodę tę nie uszkodzoną kraszankę. Zawsze trafiło się jajko o wyjątkowo twardej skorupie. Takie przysporzyło temu, kto je trzymał w garści, całą kobiałkę jajek.
      O tym, że jajko ma niezwykłą moc, wiedzieli ludzie już co najmniej pięć tysięcy lat temu. Właśnie tyle lat liczą najstarsze pisanki ze znaleziska w Asharah. Występowały one w kulturach starożytnych Persów, Chińczyków i Fenicjan. Na ziemiach polskich znaleziono pisanki, które pochodzą z X w., ale możliwe, że ludność słowiańska znała je wcześniej. Pierwotnie pisanki były przedmiotem magicznym, służącym do obrony domostwa przed złymi duchami. Zakopywano je u wejścia do chaty, pod progiem, aby broniły wstępu złym mocom. Utrwalone na skorupie motywy służyły właśnie temu celowi.
      Malowanie jaj uważano za warunek istnienia świata i wierzono, że poniechanie tego zwyczaju sprowadzi katastrofę. Jednak w najbardziej powszechnym pojęciu jajko było symbolem cyklicznie odradzającego się życia, ukrytej siły witalnej, wielkich możliwości rozrodczych. Stąd głębokiej wymowy nabiera praktykowany w całej Polsce zwyczaj wzajemnego obdarowywania się kraszankami przez zakochanych. Czasem było i tak, że chłopak ofiarował dziewczynie pisankę, a ona mu dała własnoręcznie malowane jajko zawinięte w piękną chusteczkę, którą zawczasu umyślnie na tę okazję przygotowała.
     Spracowani ludzie odpoczywali na przyzbach. Teraz mieli czas, by przywitać wiosnę. Byli jej wdzięczni, że znowu przybyła, tak tęsknie wypatrywana przez całą długą zimę. W to niedzielne popołudnie dziewczęta przygotowały „nowe łatko", zwane też „gaikiem" - symbol wiosny. Był to pęk zielonych gałązek albo drzewko bogato przystrojone wstążkami i kwiatami z bibułki. „Gaik" musiał być kolorowy jak majowa łąka. Szedł przez wieś korowód odświętnie wystrojonych dziewuch (to drużki panny wiosny), niósł „nowe łatko" i śpiewał zatrzymując się przed każdą chatą. Dawniej dziewczętom towarzyszyli chłopcy, którzy nieśli „kurka" - uosobienie męskich, ognistych zapładniających sil. Czasem był to żywy, a dla spokoju upojony alkoholem, kogut, a częściej wyrzeźbiony z drewna lub ulepiony z gliny. Drewnianego albo glinianego wieziono na wózku pomalowanym na czerwono. „Kurek" objeżdżał całą wieś, szczególnie natarczywie dobijając się do tych chałup, w których były panny na wydaniu. Obwożeniu „kurka" towarzyszył śpiew:
A i wy, dziewuchy,
Zlożta po sześć groszy.
Puścimy koguta do jednej kokoszy.
Bo ten nasz kogucik
Nie na darmo skoczy,
Osiemnaście kurcząt od razu wypłoszy.
A i wy, mateczki,
Przykażcie swym córom,
Żeby nie właziły do stodoły dziurą.
Cielętom po siano,
Krowom po zguniny,
Dyngus ci to, dyngus, pani gospodyni.32

     Za taką śpiewkę dziewczęta dawały chłopcom pisanki. Pachnąca młodą zielenią Wielkanoc, czas radości, nowych nadziei i odpoczynku. A Chrystus Zmartwychwstały przebitą dłonią błogosławił strudzonym ludziom, pokornym zwierzętom i zapłodnionej glebie. Unosił rękę zupełnie tak jak na świętym obrazie w paradnej izbie.


Fragment książki Ewy Ferenc „Polskie tradycje świąteczne” Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha Sp. z o. o. Poznań 2000
Copyright by Ewa Ferenc


Z rezurekcji na śniadanie
Roman Landowski

      Owe uroczyste nabożeństwo, rozpowszechnione głównie w katolickich krajach słowiańskich, wywodzi się z średniowiecznych misterium pasyjnych. W Polsce rezurekcje, co z łacińskiego znaczy dosłownie zmartwychwstanie (resurrectio), wprowadzili bożogrobowcy-miechowici, czciciele męki Chrystusa i Jego zmartwychwstania, sprowadzeni z Jerozolimy do Miechowa koło 1163 roku. Pierwszy opis nabożeństwa rezurekcyjnego pochodzi z XIII wieku i znajduje się w księdze katedry płockiej i w tzw. Rytuale Piotrkowskim.
     Pozostałością widowiska misteryjnego są trzy niewiasty idące do grobu, a byli to przeważnie przebrani klerycy lub ministranci, które jakby wprowadzały wiernych do kościoła. Nabożeństwo rezurekcyjne zaczynało się o godz. 22°°, a kończyło o północy, jak obecnie liturgia Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę. Dopiero potem ogłoszenie zmartwychwstania przy grobie, procesja i pierwsza msza święta przeniesione zostały na wczesny poranek Wielkiej Niedzieli.
      Ta okoliczność nie mogła pozostać obojętna na obyczaj ludowy. W niedzielę o najwcześniejszym świcie, między godziną 3 a 5, a na przedwiośniu to przecież jeszcze noc, męska młodzież urządzała po wsiach głośne przemarsze z bębnem, by zbudzić mieszkańców na rezurekcje. Zwyczaj ten był dość powszechny na całym Pomorzu, a na ziemi kociewskiej bębniono najgłośniej w Dąbrówce Starogardzkiej, Skórczu, Zblewie i Czarnej Wodzie, co potwierdziły badania Bożeny Stelmachowskiej. Hałaśliwe bicie w bęben miało przypominać grzmot i trzęsienie ziemi, bowiem wierzono, że zjawiska te towarzyszyły chwili otwarcia grobu i zmartwychwstaniu.
      Dawniej msza rezurekcyjna odbywała się dokładnie godzinę po wschodzie słońca. Przy sprzyjającej pogodzie tę poprzedzającą godzinę lud wykorzystywał na obserwację samego wschodu. Ludzie spieszyli na wzniesienie, by najlepiej dostrzec wynurzającą się słoneczną tarczę. Podobno wówczas pojawiał się nad nią baranek z chorągiewką.
      Na rezurekcję wszędzie spieszono tłumnie, a po mszy pozdrawiano się słowami Chrystus zmartwychwstał, a odpowiadano Prawdziwie zmartwychwstał, co pozostało do dziś w Kościele prawosławnym.
     Po powrocie z kościoła w domu następuje krzątanina wokół świątecznego śniadania, które w ten wyjątkowy dzień jest nieco spóźnione i najczęściej zastępuje wielkanocny obiad. Na Pomorzu w pierwszy dzień świąt obiadu raczej nie przygotowywano. Siadano do śniadania, które ciągnęło się do popołudnia. Obecnie także sprzyja temu domowa atmosfera, bowiem pierwsze święto - Wielka Niedziela spędzana jest w gronie rodziny.

Fragment książki Romana Landowskiego „Dawnych obyczajów rok cały. Miedzy wiarą, tradycją i obrzędem” Wydawnictwo „Bernardinum” Pelplin 2000

     Wielki Tydzień rozpoczyna się w atmosferze triumfu. Wszyscy ewangeliści pozostawili opis radosnego wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Czas ten wiąże się z coraz bliższym czasem ukrzyżowania. W pierwszych dniach Kościół nie dopuszcza obchodów żadnych świąt. Podczas wielkotygodniowych nabożeństw wierni Kościoła katolickiego rozpamiętują wydarzenia z ostatnich dni życia Chrystusa: wypędzenie kupców ze świątyni, ostatnie dyskusje Jezusa ze starszyzną żydowską, decyzję Sanhedrynu o konieczności zgładzenia "człowieka, który czyni wiele znaków", wezwanie do czujności.
      Wielki Tydzień jest czasem porządkowania nie tylko domów, ale i własnego wnętrza poprzez liczne posty i umartwiania. Święci się wodę i ogień, przygotowują jaja wielkanocne. W dawnej Polsce, po wielkim sprzątaniu, domy i obejścia ozdabiano kwiatami w doniczkach i zielonymi gałązkami, malowano szlaczki na ścianach, przyklejano malowanki na papierze lub wycinanki. Pod sufitem zawieszano pająki ze słomy, wydmuszek i piórek; i na podwórzu wysypywano wzory z piasku. Porządki kończyły się najpóźniej w Wielki Wtorek. W Wielki Czwartek i Wielki Piątek gospodynie przygotowywały świąteczne potrawy. Punktem honoru każdej gospodyni były dorodne baby drożdżowe. Na Podhalu od wielkopiątkowego świtu gaździny ubijały masło do "święconego". Zwykłą łyżką potrafiły wyrzeźbić z niego baranka na stół wielkanocny. Przez cały następny rok poświęcone masło służyło jako lek dla ludzi i zwierząt. W Wielki Piątek nie wolno było pracować w polu, ale w gospodarstwie należało wykonać wiele czynności, które miały zapewnić urodzaj. Kobiety siały w ogródkach warzywa i kwiaty, sadziły rozsadę kapusty. Kiedy wyrabiały ciasto na chleb wielkanocny, wychodziły do sadu i obejmowały oblepionymi rękami drzewa owocowe albo myły je wodą, którą uprzednio obmywały chleb. Święcenie potraw w Wielką Sobotę odbywało się początkowo w domach, ponieważ ksiądz święcił wszystko, co zostało przygotowane przez gospodynię. Później wierni zaczęli przychodzić z "święconym" do kościołów, i tak pozostało do dzisiaj. Wracając, starali się wypędzić "złe" z gospodarstwa, obchodząc dom trzy razy, zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Przygotowano na podstawie:
"Zwyczaje i obrzędy, rok polski", Renata Hryń-Kuśmierek, wyd.: Podsiedlik Raniowski i Spółka, Poznań 1998, http://www.priska.com.pl
"Wielkanoc w polskiej kulturze", praca zbiorowa pod redakcją Marii Borejszo, wyd. W drodze, Poznań 1997r.
"Rok kościelny a polskie tradycje", Ewa Ferenc-Szydełkowa, wyd. Księgarnia św.Wojciecha, Poznań 1988 r.

[wstecz]