Dyngus - obraz Anny Łękawy.

Dyngus w Łąkcie Górnej.

ŻEGOCIŃSKIE TRADYCJE: ŚMIGUS - DYNGUS

   Woda życia wypłynęła z boku Chrystusa po śmierci na krzyżu, ale dopiero jej moc oczyszczania i odradzania życia ujawniła się w Wielkanoc. W Poniedziałek Wielkanocny gospodarze skrapiali swe pola wodą święconą, aby Bóg zachował je od gradobicia, powodzi, szkodników oraz zapewniał dobry urodzaj. W tym dniu rozpoczynało się prawdziwe życie towarzyskie pełne zwyczajów, wróżb i wesołości, w których dominowała woda - czyli „śmigus-dyngus". Pierwotnie słowo „dyngus" oznaczało wykupywanie się jajkami lub innymi podarkami przed oblaniem wodą. Niewykupienie się miało swe następstwa w postaci przymusowej kąpieli.  
   „Śmigusem" określano dawniej uderzenie, smaganie brzozowymi lub wierzbowymi witkami. Najczęściej smagano nimi dziewczęta i to tak długo, dopóki panna się nie wykupiła (czyli dała „dynga").
   Na ziemi żegocińskiej dziewczęta smagali chłopcy przebrani za Cyganów i Cyganki. Z czasem te zwyczaje połączyły się w jeden zwany „śmigusem-dyngusem" lub też „śmigurtem". W tym dniu zaczynało się więc powszechne polewanie. Chłopcy i dorośli mężczyźni wylewali wiadra wody na dziewczęta i zamężne kobiety. Najlepszym jednak celem były niezamężne dziewczęta, które choć przeciwko takim kąpielom protestowały krzykiem, to gdyby nie zostały oblane, czułyby się nieatrakcyjne, brzydsze, wręcz obrażone,
lednak konkurent „do ręki" zaledwie skrapiał swą wybrankę wodą kolońską. Jeśli ktoś tego dnia wstał wcześniej niż pozostali domownicy, budził ich strumieniem zimnej wody. Zdarzało się również i tak, że chłopcy, zakradłszy się na strych domu z pełnymi wiadrami, wylewali całą ich zawartość na głowy wychodzących z izby dziewcząt.

Fragment książki pod redakcją Teresy Mrugacz "Rok obrzędowy w tradycji ludowej i religijnej Ziemi Żegocińskiej"

      Zacznijmy od tego, że tak zwany lany poniedziałek na Pomorzu dawniej nie był znany. Polewanie się wodą jest kolejnym „importem" obyczajowym po 1920 roku. Wcześniej, owszem, wzajemne polewanie się wodą znane było na pomorskiej ziemi sporadycznie, i to wyłącznie w północnych częściach, graniczących z nadmorskimi Kaszubami.
      Żeby sobie wyjaśnić wszystko, należy najpierw rozwiązać dziwne słowo w tytule. Ów szmaguster, germanizm głęboko zakorzeniony w pomorskich gwarach, po niemiecku dosłownie znaczy wielkanocne skosztowanie albo ...trącanie czyli w oryginale Schmackostem (schmecken = skosztować, posmakować, trącić + Ostern = Wielkanoc), co Pomorzanie przerobili na swój szmaguster. Stąd już blisko do szmagania, smagania czy śmigania, co tłumaczy ogólnopolski śmigus.
      Dzisiaj nie odróżnia się śmigusa od dyngusa, odnosząc te zwyczaje niemal zawsze dla określenia tego samego lanego Poniedziałku Wielkanocnego. Warto więc pośpieszyć z drugim wyjaśnieniem: dyngus, pochodzący od staronienieckiego dingnus, dingnis, znaczy tyle co okup czy wykupne. W naszym konkretnym przypadku, dotyczącym święta Zmartwychwstania, był to datek gospodyń dla chłopców, zwanych wielkanocnymi kolędnikami, odwiedzających domy z odpowiednio przygotowanymi życzeniami świątecznymi. Dopiero potem do tych odwiedzin dołączono starogermański lecz pogański jeszcze zwyczaj oblewania się wodą - na znak radości po odejściu złej zimy. Kościół wykorzystał ten moment, przypisując zwyczajowi symbol oczyszczającej mocy wody, co na Pomorzu - o czym już wiemy -realizowane było przez zwyczaj wielkosobotnich kąpieli nocnych w bieżącej wodzie.
      „Wielkanocne trącenie" jest więc niczym innym jak pamiątką po cierpieniach Chrystusa, szczególnie Jego biczowaniu i okaleczeniu cierniem. A wiemy już przecież także, że do tego smagania przygotowywano się nawet tydzień wcześniej. To już w Niedzielę Palmową chłopcy szli do lasu po brzozowe witki, by przez tydzień moczone w wodzie nabrały sprężystości, a ciernisty szakłak i jałowiec suszono, bo wyschnięte gałęzie bardziej kłuły. Tak przygotowaną „bożą rózgą" w Poniedziałek Wielkanocny nękano dziewczęta. Był też czas na chłopców, bo im się odwzajemniały dziewczęta w następny dzień, czyli trzecie święto, bowiem niegdyś wtorek był jeszcze dniem świątecznym.
      Pogańskie polewanie się wodą nie wszędzie się przyjęło i dlatego dla odróżnienia wielkanocny zwyczaj zwano tam „zielonym dyngusem" (bo z udziałem ulistnionych już rózeg) lub „suchym dyngusem" (bo bez wody). Jedno jednak jest pewne: żeby pozostać w zgodzie z historią i chronologią tradycji, zwyczaj ten zwać się winien na Pomorzu życzenia z rózgą, a może po prostu niech pozostanie ów zakorzeniony niegdyś szmaguster?
      Przed wielkanocnymi kolędnikami lub dyngownikami bądź śmigusami, smigielcami, dziewczęta na ogół starannie zamykały wejścia na klucz. Ale ci bardziej pomysłowi i wytrwali, często za zgoda rodziców dziewczyny lub po przekupieniu jej brata, już w niedzielę wieczorem chowali się na jakimś strychu czy w zapomnianej komórce, by przeczekać noc. O świcie zakradali się do sypialni i po odrzuceniu pierzyny śmigali swoje upatrzone ofiary po nogach i innych odsłoniętych nagościach. Wiele, nawet bardzo wiele, było przy tym krzyku i pisku.
      Wśród starszej młodzieży śmigus był wyrazem zalotów. Chłopcy wybierali się do domów swoich panien, bo powszechnie twierdzono, że kto mocniej smaga, ten bardziej kocha. Chłosta trwała tak długo, aż dziewczyna się uwolniła lub wykupiła datkiem wyrażonym w przyśpiewce:
Śmigu, śmigu po dyngusie
to są rany po Chrystusie
Dyngu, dyngus, aja aja,
nie chcę chleba, jeno jaja.
      Niekiedy wykup dawała matka, żałując smaganą córkę. Rózgowanie było dla dziewcząt karą za ich kuszenie i przesadną zalotność. Było czasem wiele bólu, ale każda chciała zostać wychłostana. W przeciwnym razie dziewczyna skazana była na wielki dyshonor, bo to znaczyło, że nie była godna niczyjej uwagi. Żeby uniknąć takiej „zniewagi" niejedna brzydula sama sobie wychłostała nogi, żeby wszyscy widzieli, że też ma swego adoratora.
      Pieśni dyngusowych było wiele, dominowała jednak jedna, ta najbardziej popularna, znana z mnogości odmian w całej Polsce. Na Pomorzu też krążyło kilka wersji. Na Kociewiu w Dąbrówce recytowano pięć zwrotek przedzielonych śpiewanym refrenem:
Dyngu, dyngu, po dyngusie,
chodzę ja tu po Chrystusie,
Chrystus zmartwychwstał,
każdemu po jajku dał
      Najbardziej zbliżona do wersji ogólnopolskiej była przyśpiewka wykonywana przez wielkanocnych kolędników w Tymawie. A brzmiała ona następująco:
Przyszliśmy tu po dyngusie,
Powiemy wam o Chrystusie.
W Wielki Czwartek, w Wielki Piątek
Miał Pan Jezus wielki smutek.
Wielki smutek, wielkie rany,
My są wszyscy chrześcijany.
Wy dawajcie, co Bóg każe:
Pojajeczku i po parze.
Choćbyście nam mendel dali,
Bym wam bardzo dziękowali.
      Zawsze przeważał ów symbol życia, jakim było jajko. Obrotni dyngownicy chodząc po takiej kolędzie wielkanocnej zarobili niejeden mendel barwnych jaj. Dlatego też to oni najchętniej uczestniczyli w zawodach jaj, bowiem mieli ich wiele. Zabawa polegała na wzajemnym zderzaniu wierzchołkami jajko o jajko. Wygrywał właściciel jajka nie uszkodzonego, zabierając to stłuczone.
      W dzień następny zaczynało się wszystko od początku: rewanżowały się dziewczęta, biczując chłopców. Mówią, że rewanż był zawsze sroższy. „Boże rany" chłopcom goiły się nawet aż do Zielonych Świątek.

Fragment książki Romana Landowskiego „Dawnych obyczajów rok cały. Miedzy wiarą, tradycją i obrzędem” Wydawnictwo „Bernardinum” Pelplin 2000

[wstecz]