ŻEGOCINA - TEKSTY  ŹRÓDŁOWE

Okres okupacji niemieckiej 1939 -1945

    Zapis w kronice szkolnej Szkoły Powszechnej w Bytomsku. Tom I. dokonany przez ówczesnego kierownika szkoły Jana Paska.

     Sierpień 1939 roku. Plon żniw tego roku nadzwyczajny. Od kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu lat ludność tut. nie miała szczęścia zbierać takich plonów, jak tego roku. Lecz plony te według przekonań tut. gospodarzy są złowróżbną zapowiedzią widniejącej na horyzoncie wojny. W roku 1914 właśnie przeprowadzano podobnie obfite żniwa. I ... niestety .... przepowiednie spełniły się.
     W dniu 24 sierpnia jak grom z jasnego nieba spadły pierwsze mobilizacyjne karty powołania. Wprawdzie nie wymieniono w nich "na wojnę", lecz ... przeczucie działa.
    Wśród tych pierwszych szczęśliwców zmobilizowanych znalazłem się i ja. Właśnie siedziałem przy głośniku radiowym, łaknący wiadomości, kiedy "urzędowa osoba", podsołtys Błażej Piech - już tym razem bez fajki w zębach - stanął poważnie w drzwiach mojego mieszkania i milcząco podał mi ... kartę mob.
    Upiór wojny miał przeprowadzać swoje równie obfite żniwo - żniwo krwi dziesiątek milionów niewinnych istot. Mózgiem jego - żądny krwi i władzy Adolf Hitler, narzędziem zgraja SS-manów i gestapowców, którym przez wzwyż 5 lat danem było upajać się widokiem nieludzko mordowanych ofiar.
    We wsi zapanował ruch - poszukiwania, gońcy, policja. W niespełna 2 godziny po otrzymaniu "biletu wolnej jazdy" siedziałem już na wozie toczącym się w stronę Bochni, żegnany przez żonę  i synów. Rozpocząłem podróż w nieznane trwającą niespełna 2 miesiące.
    Tymczasem pierwsze oddziały niemieckie po nierównej walce na naszej granicy południowej wdarły się na nasze ziemie i już w dniu ... września od strony Limanowej  przejechały przez Żegocinę, a część ich z Żegociny skierowała się przez Bytomsko na Rajbrot. Rozpoczął się straszliwy i krwawy okres okupacji.
    Wróciłem z wojny, a raczej tułaczki 12 października, by dzielić wraz z miejscową ludnością niedolę okupacji hitlerowskiej.
    Praca w szkole przez cały okres wojny trwała - chociaż przeważnie zimą była przerywana bądź to na skutek braku opału, bądź też na skutek zarządzenia władz okupacyjnych. Nauczycielstwo wtedy zatrudniano przymusowo do pracy innej, a przeważnie do pracy biurowej w gminie. Przełożonymi naszymi wtedy stawali się wójt i sekretarz gminy. za niezastosowanie się do zarządzeń co do pracy w gminie wójt zagroził doniesieniem do starosty (Kreishauptmana) - musieliśmy więc nieraz, zaciskając zęby maszerować do gminy po przydział pracy. Zaprowadzaliśmy więc nowe księgi podatkowe, sprawdzaliśmy stare oraz spełnialiśmy mniej lub więcej przyjemne posługi na rzecz gminy. Poniżono nas strasznie. Skwapliwie gmina troszczyła się o danie nam zajęcia, mniej natomiast troszczyła się o nasze przydziały żywnościowe i odzieżowe. Ileż to nieraz musiałem prosić wójta, aby był łaskaw "wyrzucić" mi jakąś kartę odzieżową, a ile znieść poniżenia ... ale trudno, pracowaliśmy jednak w szkole o głodzie i chłodzie, prosząc dzieci  o litr mleka lub o garść zboża na chleb. Smutne - ale prawdziwe. Okupant święcił triumfy - poniżył godność nauczyciela wobec ludności, stawiając go w jak najtrudniejszych warunkach materialnych. Stwierdzić muszę, że duża część ludności tut. wsi starała się przyjść z pomocą, ale pomoc ta nieraz była za słaba i nauczycielstwo tut. szkoły musiało się wtedy ciężko borykać z trudnościami.
    A praca w szkole była ciężka - podręczniki szkolne polecono oddać do gminy, obrazy i mapy również, więc zastąpić je musiały płuca nauczyciela. Później wymyślono pisemko szkolne zastępujące podręczniki szkolne. Imię jego "Ster". Frekwencja w szkole z powodu słotnych i zimnych dni słabła, bo dzieci nie miały odpowiedniego ubrania, ani obuwia.
   W ogóle sytuacja we wsi pogarszała się coraz bardziej. Nakładano na wieś coraz to większe kontyngenty - coraz to więcej zboża, ziemniaków i bydła musieli gospodarze oddawać okupantowi. Coraz to częściej zjawiali się we wsi niepożądani goście - żołnierze lub żandarmeria niemiecka, by siać postrach wśród ludności. Najbardziej obawiano się aresztowań i łapanek na roboty do Niemiec. Dlatego każde zjawienie się Niemców we wsi powodowało we wsi panikę i najczęściej ucieczkę przeważającej części ludności ze wsi do lasów. Ileż to razy ja sam sypiałem w ogrodzie szkolnym, siedząc ukryty w zbożu, czy ziemniakach i śledząc uchem każdy szmer, pozostawiwszy żonę z dzieckiem w domu. Ile nocy przespałem u sąsiada Jana Fąfary, obawiając się nowej "wizyty" gestapowców.
   Dwukrotnie jednak "wizyta" taka nastąpiła przed dniem i dwukrotnie zastała mnie w domu. Pierwszy raz uciekłem z domu, chowając do ustępów w obawie przed aresztowaniem. Dwa auta żandarmerii zajechały przed szkołę, zatrzymały się i wychodzą ... ja zdążyłem uciec do ustępu. Szczęściem jednak przyjechali nie po mnie, bo wtedy ta kryjówka byłaby mi nic nie pomogła. Przyjechali na rewizję we wsi na skutek doniesienia o wyrobie przez niektórych gospodarzy samogonu. Szczęściem rewizja nie dała żadnego wyniku i odjechali o niczym. Było to wiosną 194 roku.
    Drugim razem jesienią 194 r. przyjechały 2 auta z żandarmerią i policją polską, zatrzymały się przed szkołą, a potem zostawiwszy auta wszyscy Niemcy wraz z policją oraz psem policyjnym udali się pieszo do lasu dworskiego na górze na południe od szkoły, by w lesie przyłapać ukrytych w bunkrze Żydów. Ponieważ dopiero dniało udało im się podejść cichaczem pod sam bunkier. 2 Żydów przed bunkrem rąbało drzewo. Zobaczywszy Niemców zaczęli uciekać. Nie pomógł pies, ani salwy - uciekli. Reszta Żydów była w bunkrze. Niemcy otoczywszy bunkier rozpoczęli strzelaninę do jego wejścia, a potem kilku wdarło się do środka i sterroryzowawszy Żydów, skrępowanych wyprowadzili na zewnątrz i rozstrzelali. Potem przeprowadzili rewizję w bunkrze, zrabowali co wartościowsze i bunkier zawalili. Po powrocie do wsi kazali sołtysowi, aby natychmiast wysłał ludzi do zasypania zabitych Żydów. Wszystkich zabitych było ... ".
   Tejże jesieni przybyła do wsi większa liczba Niemców, by dokonać rekwizycji bydła. Część w tyralierach przez pola otoczyła wieś, a część autami pancernymi wjechała do środka. Wydawało się początkowo, że przeprowadzą pacyfikację lub też może brankę. Przybyli jednak z innym celem. Przeprowadzili rekwizycje bydła. Zrabowawszy kilkadziesiąt sztuk, pod eskortą żołdaków i aut pancernych, gdyż obawiali się napadu naszych partyzantów, kazali właścicielom odprowadzić bydło do Bochni.
    Zbliżał się jednak kres ich władzy i okrucieństw. Zbliżała się tak upragniona przez ludność ofensywa Czerwonej Armii i Wojska Polskiego z pozycji pod Tarnowem. Jakoż w pierwszych dniach stycznia 1945 zaczęły nas dochodzić coraz częstsze i silniejsze huki armat, lecz ku naszemu zdziwieniu odgłosy te przesuwały się na północny zachód od nas, pozostawiwszy nas za sobą. Ludność tut. nie wiedziała co się dzieje. Wreszcie wieczorem 17 stycznia jak błyskawica przybiegła z Rajbrotu wieść iż Ukraińcy zbliżają się do Rajbrotu. Uciekają przed Armią Czerwoną. W okolicy i we wsi zrobił się popłoch - panika przed Ukraińcami. Kolega kierownik szkoły z Rajbrotu z synem uciekł do mnie w obawie przed branką. Nie śpiąc całą noc oczekiwaliśmy przebiegu wypadków. Rano usłyszeliśmy terkot karabinów maszynowych od strony Rajbrotu. Nie wiedzieliśmy co to znaczy. Kolega w obawie o los reszty swojej rodziny pozostawionej w Rajbrocie postanowił udać się do domu. Od strony Muchówki rozpoczęły się strzały armatnie na Rajbrot. Do Bytomska dotarła wiadomość, że to nie Ukraińcy ale wojska radzieckie już są w Rajbrocie i nacierają na Niemców cofających się na Muchówkę. Wszystkich opanowała radość i zdziwienie - skąd tak nagle, tak niespodziewanie zniknął koszmarny cień okupacji, a Armia Czerwona w pościgu za Niemcami już jest u nas. Wszyscy spodziewaliśmy się, że Niemcy cofając się zniszczą, spalą tut. wsie a ludność wymordują, jak to obiecywali. Niestety - nie zdążyli, nie mieli czasu. Przez cały dzień 18 stycznia dochodziły nas wiadomości, iż przez Rajbrot i przez Żegocinę ciągną całe kolumny wojska radzieckich, a my w Bytomsku nie widzieliśmy ani jednego uciekającego żołdaka niemieckiego, oraz ani jednego żołnierza ruskiego. Dopiero przed wieczorem przemaszerował przez naszą wieś jeden żołnierz w zielonym płaszczu, bez karabinu, wywijając sobie pasem, na którym miał rewolwer i bez najmniejszych objawów ostrożności pomaszerował do Żegociny. Był to pierwszy zwiastun oswobodzenia. Za jakiś czas za nim przeszło od Rajbrotu ku Żegocinie 3 żołnierzy z karabinami, a w niedługim czasie z Żegociny przejechała przez Bytomsko limuzyna z oficerami radzieckimi. Uwierzyliśmy, że   naprawdę Niemców już u nas nie ma. Wieczorem tegoż dnia przyjechały z Rajbrotu do Bytomska 2 ogromne czołgi, lecz most okazał się dla nich za wąski i za słaby, więc musiały zawrócić. Przez całą noc trwały w lasach pomiędzy Rajbrotem a Muchówką walki. Rakiety rozdzierały raz po raz mrok nocy, terkot karabinów maszynowych głosił , że tam gdzieś są jeszcze Niemcy. Na drugi dzień jednak zostali zmasakrowani przez 6 samolotów, które przez blisko godzinę krążyły nad Lipnicą i Mucjhówką siejąc panikę i śmierć wśród "germańców". Pożary na Muchówce wskazywały drogę ucieczki Niemców.
    19 stycznia. Jesteśmy wolni. Przez wieś przechodzą oddziały i grupki wojsk radzieckich, zaciągają telefony. Znikają napisy niemieckie na drogowskazach. Z wielką satysfakcją zrzucam tablice wiszącą na szkole z napisem
"Öffentliche polnische Volksschule in Bytomsko".
     Przez cały czas trwała nauka. Dopiero 20.I. naukę przerwałem - przerwa trwała do 4.II.45. Uczymy dzieci pieśni narodowych, wierszy o Polsce, w klasach niższych uczymy na pamięć "Katechizm polskiego dziecka".

[powrót]