ŻEGOCINA - TEKSTY  ŹRÓDŁOWE

 WSPOMNIENIA ANTONIEGO BODURKI O DWORZE W ŁĄKCIE GÓRNEJ

 Dwór w Łąkcie Górnej - widok obecny.     Kapliczka dworska w Łąkcie Górnej - widok obecny.

      W Łąkcie Górnej znajduje się dworek, wybudowany tu w 1883 roku. Dobrze pamiętam czasy świetności tego dworu, gdyż pracowałem u ówczesnego właściciela majątku, którym był Adam Rutowski. Miał on na własność 380 ha ziemi i 1200 ha lasów. Całym majątkiem zarządzał Kupczyn Józef. To on decydował o tym, co kupić, a co sprzedać. Był wychowankiem ojca dziedzica, pochodził ze wschodu. Tutaj skończył szkołę rolniczą, a gdy ojciec Adama zmarł, Józef został już rządcą do końca.
      Na olbrzymich terenach dziedzica musiał ktoś pracować. Robili to m. in. fornale. Jednym z nich byłem ja. Mieszkałem w domu położonym obok dworu. Ten dom nazywano potocznie "czworak" lub "odnaria". Mieszkało w nim 5 rodzin: Wincentego Wolaka, Walentego Czamary, Ignacego Maduziy, Zygmunta Kukli i Antoniego Bodurki. Jedna rodzina miała do dyspozycji tylko izdebkę, w której mieszkało 5, 7, a nawet 8 ludzi. W tej izbie mieściła się łazienka, kuchnia i pokój do spania. Były dwa łóżka, na których spało po dwie osoby, a jeśli było więcej osób, to spały one na ziemi. Nie było podłogi, tylko zwykła ziemia, a na niej worek ze słomą. Tak spano nawet w zimie.
       Zacząłem pracę we dworze, gdy miałem 16 lat. Na początku zajmowałem się rozrzucaniem obornika. Pracowali zarówno chłopcy, jak i dziewczęta. Nieraz pracowali ze zranionymi od pracy rękami, ale nie było innego wyjścia. Nie było to zajęcie godzinne lub 2-godzinne, ale praca trwała nawet 2 dni, ponieważ był to obszar 10 -15 ha. To wszystko wykonywano ręcznie.
      Później dostałem dwa konie i pracowałem przy nich. Wychodziłem do pracy o godzinie czwartej rano, niezależnie od pory roku. Rano musiałem dać koniom jeść i wyczyścić je. Nie jadły, ile chciały, lecz miały wyważoną porcję siana. Starszemu było łatwiej, bo młodszego kusiło, by wieczorem gdzieś wyjść. Nie było telewizora, radia, telefonu, światła, więc chłopcy i dziewczęta zbierali się i śpiewając szli do kolejnych wiosek. Gdy wracali było już nieraz po północy, więc rano ciężko było wstać już o czwartej.
     Gdy konie były już "najedzone", to o godzinie siódmej trzeba było jechać do pola. Było pół godziny przerwy na śniadanie, 1jedna - dwie godziny na obiad, więc gdy przyjechano w południe, to najpierw musiano nawiązać siana (zważone 3 porcje), nakarmić konie, a dopiero potem zjeść obiad. Jeżeli mama zdążyła przynieść obiad, to jadłem, a jeśli nie, to musiałem biec do domu. Droga tam i z powrotem zajmowała mi około pół godziny, więc nie miałem nawet czasu, aby odpocząć. Nie było nawet 10 minut, aby posiedzieć, tylko cały czas pracowano.
     Latem pracowaliśmy w polu, a zimą w lesie. Inni latem kosili zboże, a zimą odbywało się młócenie. Zimą również wstawałem o 4 rano. Zaprzągałem 6 par koni do sań i jechaliśmy do sąsiedniej wioski - do Bytomska, nawet na 20 - stopniowym mrozie. Dziedzic posiadał 1200ha lasów, więc myśmy w tych lasach spędzaliśmy całe zimowe dni. Rano zabierałem ze sobą kawałek chleba do kieszeni, który i tak zamarzł, bo było bardzo zimno. My nawet nie mieliśmy ciepłych ubrań, tylko trzewiczki, cienkie spodenki, kurtkę i czapkę na uszy. Praca nasza polegała na wyciąganiu drzew z wąwozów. Przywiązywaliśmy drzewa łańcuchami do zaprzęgu koni i wyciągaliśmy je. Nieraz byliśmy już w połowie, gdy nagle łańcuchy urwały się i zaczynaliśmy pracę od nowa.
     Wracaliśmy wieczór, gdy już było ciemno. Byłem głodny, zmarznięty, bo chleb zamarzł, a do picia nic nam nie dawano, ale zanim wróciłem do domu, musiałem znów dać jeść i pić koniom. W domu byłem koło ósmej. Wtedy zjadłem coś i poszedłem spać na podłogę, bo na łóżku nie było miejsca, albo wracałem do stajni i kładłem się na sianie. Przykryłem się kurtką i spałem. Nieraz szczury po głowie mi chodziły, ale nie było wyjścia. Przespałem noc i na drugi dzień znów to samo.
     Na dworze pracowałem do 1939 roku, bo rozpoczęła się wojna i wkroczyli Niemcy. Do tego czasu dostawaliśmy 12 metrów zboża i 120 złotych oraz 2 litry mleka dziennie. Później Niemcy dawali każdemu 150 kg zboża na rok niezależnie czy było to dziecko czy dorosła osoba. Na chleb musieliśmy sami nakręcić mąki w żarnach. Do wojny nie było problemów, jednak później Niemcy kazali zaplombować żarna i zakazali mleć, więc musieliśmy robić to po kryjomu. Najpierw tata stał i patrzył czy nikt nie idzie, a ja kręciłem, potem zmienialiśmy się. Aby wystarczyło mąki na chleb, trzeba było kręcić 2,3 godziny. Pracowaliśmy tak do 1941 roku, ale nie można było z tego wyżyć, więc tata został, a ja zgłosiłem się na ochotnika do pracy w Niemczech.
       Po czterech latach - w czerwcu 1945 roku szczęśliwie wróciłem do Polski. Było już po wojnie. Dwór został rozparcelowany przez Niemców i Rosjan. Rosjanie zabrali połowę świń, bydła i koni, a resztę rozdali fornalom. We dworze nie było nikogo. Dziedzic wraz z żoną i teściami - Bilawskimi - wyjechali samochodem do Krakowa. Tam dziedzic miał dwie kamienice na ulicy Chrobrego. Adam Rutowski zmarł po 2 miesiącach, a w kamienicach została żona i teściowie.
     Żona była jeszcze młodą kobietą, więc trafił się jej młody mężczyzna, który chciał się z nią ożenić. Wiedział, że jest dziedziczką majątku i był pewien, że coś może zyskać. Ślub miała zorganizować żona, bo on powiedział, że nie ma pieniędzy. Przyznała się, że ma pod podłogą schowane dolary, trochę złota, maszyny i że za to wyprawią wesele. Jednak na drugi dzień przyjechali ludzie i zabrali wszystko. Wtedy okazało się, że on był podstawiony. Nie zostało już nic, więc wszyscy wyjechali i już nie wrócili. Majątek rozdano, a resztę rozkradli ludzie z wioski. Ziemię również rozdano, po trzy hektary każdemu z fornali, a resztę ludziom, którzy też pracowali we dworze.
       Na miejscu pozostał rządca, jednak już nie miał żadnej władzy. Sowieci zabrali go na komendę do Ujazdu, bo wiedzieli, że jest z dworu. Potem zabrali jeszcze fornali i kobiety pracujące w kuchni, aby wypytać o rządcę. Pytali co to był za człowiek, jaki był dla ludzi. Nikt nie chciał go brać na sumienie, więc wszyscy powiedzieli, że był dobry i zwolnili go. Rządca przeżył tylko dzięki tym ludziom. Wrócił do dworu, ożenił się z gospodynią i więcej nic o nim nie wiadomo.
       Po wojnie pałac, spichlerz, stajnie i 35-40 ha ziemi zostały przejęte przez skarb państwa. W pałacu miała być szkoła rolnicza, ale partyzanci przyszli i spalili książki. We dworze - jeszcze 8 lat po wojnie gospodarzył Stelmach ze Skowronic, ale potem przejęła to spółdzielnia i w stajniach założono winiarnię, a w spichlerzach urządzono mieszkania.
      Siostra Rutowskiego - Oleńka i jego żona mieszkały w Krakowie. Żyły bardzo ubogo. Żona wyjechała do Anglii, a siostra wyszła za mąż w Warszawie, jeszcze przed wojną, za marynarza. Wybrali się w podróż poślubną i chcieli wyjechać kajakiem na morze, jednak przyszła fala, nachyliła łódź, on wypadł i utonął, a ją uratowała straż przybrzeżna. Jakiś czas mieszkała jeszcze w Warszawie, potem wyjechała do Anglii i tam się uczyła. Kiedyś postanowiła odwiedzić rodzinę i zobaczyć co się stało z dworem i pałacem, w którym kiedyś mieszkała"
      Spotkałem się z nią całkiem przypadkowo. Wspominałem panią Olę bardzo ciepło. Pamietałem, że kiedy pracowałem we dworze i pasłem kozy, to ona przychodziła i częstowała nas cukierkami. Pracowałem wtedy w zamrażalni. Pewnego razu siedziałem na portierni i zobaczyłem, że wchodzą jakieś dwie panie i rozglądają się, więc zapytałem do kogo chcą iść i co załatwiają. Powiedziały, że chcą zobaczyć jak wygląda ten majątek. Wtedy zapytałem:  - Pani, to może pani Oleńka? Ona zaczerwieniła się i spytała, skąd mogę ją znać. Powiedziałem, że znam ją od czasu, kiedy nas częstowała cukierkami. - Po tylu latach takie wspomnienia i tak mnie pan pamięta? - mówiła ze łzami. Mówiła też, że bardzo się tutaj zmieniło i że chce zobaczyć dwór, w którym mieszkała. Poszliśmy więc oglądnąć zabudowania. Ostatnią osobą, która jeszcze zainteresowała się dworem był mężczyzna, który przyjechał z dokumentami i chciał go zająć. Był lekarzem i chciał otworzyć tutaj dom starców, ale wraz z otaczającym go parkiem. Gmina nie zgodziła się na to, aby zabrał park, więc zrezygnował.
       Rodzina Rutowskich była religijna. Jeździli do kościoła, wybudowali własną kapliczkę, w której wzięli ślub. Przeżywałem trudne chwile. Nie wiedziałem, czy dożyje następnego dnia. Męczył mnie głód, było zimno. Gdy wspominam tamte chwile, pojawiają mi się łzy w oczach. Idę więc do dworu. Tu mieszkałem i pracowałem. Mojego domu rodzinnego niestety juz nie ma, bo został wyburzony w 1955 roku. Teraz wszystko jest inaczej. Byłem tam niedawno, pochodziłem, popatrzyłem. Aż płakać mi się chciało, gdy zobaczyłem, jak teraz wygląda ten, niegdyś piękny, pałac. Wszystko otwarte, stargane. Było w nim wszystko: prąd, kaloryfery, piece, a teraz zwyrywane kafle, drzwi, powybijane szyby. Szedłem tamtędy i nie byłem pewien, czy za chwilę ktoś nie będzie mnie gonił, bo dawniej nie wolno było nawet na pałac popatrzeć. Jaki los czeka dwór ? Trudno w tej chwili powiedzieć.

Wspomnienia spisały w końcu 2002 r. uczennice klasy IV LO w Żegocinie: Beata Kukla i Edyta Rożnowska.

Antoni Bodurka

  Antoni Bodurka - rolnik, mieszkaniec Łąkty Górnej, urodzony w 1919 roku. Od młodości pracował w majątku dworskim Adama Rutowskiego w Łąkcie Górnej jako fornal, czyli najemny pracownik rolny, który zazwyczaj wykonywał pracę przy pomocy koni, powierzonych jego pieczy.  W czasie wojny pracował w Niemczech.

[powrót]