ŻEGOCINA - TEKSTY  ZRÓDŁOWE

OPIS RABACJI CHŁOPSKIEJ W OKOLICACH ŻEGOCINY

Helena Kadłubowska
Helena Kadłubowska

  Fragment "Dziennika z lat 1856 - 1860" Heleny Klementyny Katarzyny Kadłubowskiej zawartego w ksiażce "Kapitan i dwie panny", wydanej w 1980 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego-Kraków. "Kapitan i dwie panny" (str. 209-213)

   "W Łąkcie Górnej pod Wiśniczem mieszkaliśmy ciągle aż do okropnego 1846 roku. Kiedy na początku lutego 1846 r. słychać było o jakichś rozruchach w Galicji, wierzyć my temu nie chcieli, wkrótce jednak coraz pewniejsze dochodziły nas wiadomości, że chłopi zabijają panów, że urzędnicy austriaccy przebierają się za chłopów i dodają ducha chłopom, ażeby mordowali swych panów, że w cyrkułach starostowie za żywego szlachcica, którego chłopi przywieźli, płacili po 5 złr., a za zabitego po 10, jako nagroda posłuszeństwa. Niepodobieństwem było wierzyć w podobną gadaninę, bo czyż podobne, ażeby w wieku tak oświeconym jak 19, wieku, w którym religia chrześcijańska ułagodziła dzikość obyczajów, wskazała drogę, jaką ludzie postępować mają, znalazł się naród tak nikczemny, podły, zdradziecki, że ażby kazał mordować obywateli, bojąc się, ażeby ci nie podnieśli kiedy przeciw nim broni, dopominając się orężem o swą własność gwałtem im wydartą, o swą ukochaną Ojczyznę. Ale najlepiej się to pokaże w późniejszych wiekach, trudno to teraz sądzić, kiedy wypadki tak jeszcze są świeże, kiedy nam nawet mówić o tym nie wolno. Zostaną jednak zapewne rękopisy żyjących wówczas ludzi będących świadkami tych strasznych zbrodni. Te więc rękopisy najlepiej dowiodą prawdę; historia najsprawiedliwiej osądzi, kto i dlaczego był główną przyczyną tych okropności, nasi prawnukowie ze zgrozą i przekleństwem wspominać będą imiona tych, co byli przyczyną rozlewu niewinnej krwi naszych rodaków, a obce narody z pogardą spoglądać będą na niecne postępowanie oświeconego już narodu, a z współczuciem litością na biedne bezbronne ofiary.
    Kiedy więc tak już głośne dochodziły nas wieści, kiedy o milę tylko chłopi zabili p. Łopackiego, trudno było dłużej nie wierzyć; zakopała więc matka srebra i wszystkie kosztowne rzeczy i trochę bielizny dała do przechowania jednemu chłopu, który był polowym w wielkich łaskach u ojca i zdawał się dla nas bardzo przychylny. Dnia 23 lu-tego doszła nas wieść, że chłopi zbierają się jeszcze tej nocy zrabować dwór w Łąkce, a ojca zabić; nie było co czekać. Rodzice, leśniczy, kucharz, służące i ja na ręku rządcy schroniliśmy się do chałupy niby poczciwego chłopa, zostawiwszy otworem cały dom zamożny we wszystko, stajnie, spichlerz, browar, gorzelnię, słowem, całe swoje mienie na pastwę chłopów, którzy nie kontentując się zrabowa-nymi rzeczami, zabijali jeszcze, panów, mając to zapewnienie, że kiedy wybiją wszystkich ciarachów, jak ich nazywali, nie tylko pańskie będą mieli darowane, ale gruntami dworskimi będą się dzielić, przy tym, jak mówią, upojeni byli wódką z opium. Ta jednak noc przeszła spokojnie, rano powróciliśmy do domu cokolwiek uspokojeni, gdy wtem przychodzi kucharz z ostrzeżeniem, że właśni chłopi, chcąc uprzedzić z innej wsi, zbierają się dzisiaj zrabować dwór, a że ich najbardziej namawia do tego ów poczciwy chłop, u któregośmy nocowali, i że bardzo wiele stoi powozów przed naszą karczmą, którą chłopi ż Łąkty rabują, i tych państwa, co widać, uciekają do miasta, puścić nie chcą. Ojciec, nie widząc innej rady, posłał do tych chłopów, ażeby tych państwa przepuścili, a sami przyszli do gorzelni, gdzie wszystkie piwnice dla nich otwarte. Jakoś to trafiło im do przekonania, przepuścili więc powozy, a sami udali się do gorzelni, gdzie do ostatniego pili. Korzystając z tego, że chłopi pijani nie tak prędko będą rabować, kazał ojciec w ten moment zaprzęgać, ażeby przynajmniej z życiem uciec do bliskiego miasteczka Wiśnicza. Ale na próżno wydaje rozkazy, nikt ich słuchać nie chce; zbuntowana czeladź wszystka się porozchodziła, a kiedy prosi, zaklina furmana, żeby czym prędzej zaprzęgał, obiecując mu za to 20 fl., on odpowiedział:
- Stul pysk, ciarachu, niedługo będziemy mieli nie 20 fl., ale wszystko, co masz, a w dodatku będziesz dędał* na tej jabłoni. Ten sam furman, co to powiedział, służył u rodziców lat pięć, był wierny i bardzo posłuszny. Nie było innej rady, trzeba było się gotować na śmierć; klękli rodzice przed obrazem Matki Boskiej, wzywając Jej świętej opieki, gdy wtem przychodzi dwóch strażników mówiąc, że chłopi z Żegociny* za godzinę już tutaj przyjdą, ażeby zrabować i zabijać każdego, co w surducie. Na tę straszną wiadomość tyle tylko odpowiedział ojciec:
- Uciekać niepodobieństwo, niech się więc dzieje wola nieba, poszlijcie tylko po księdza, niech się wyspowiadam.
    Strażnicy podjęli się przewieźć nas do Wiśnicza za bardzo znaczną sumę, a będąc w służbie austriackiej, mając orzełki na czapkach, byli zupełnie bezpieczni, bo chłopi pod karą śmierci zabronione mieli, ażeby żadnego cesarskiego urzędnika nie zabili. Na rozkaz strażnika ten sam furman, co tak grubiańsko odpowiedział ojcu, natychmiast zaprzągł do powozu; chcieliśmy choć trochę wziąć rzeczy, ale już chłopi z Żegociny byli niedaleko Łąkty, trzeba było więc czym prędzej uciekać. Jadąc do Wiśnicza, napadła na nas banda chłopów z kosami, widłami, cepami, zatrzymali powóz, pytając:
- A gdzie jedziesz, psie, ciarachu?
     Ale strażnicy powiedzieli, że mają rozkaz przeprowadzić tych państwa w całości do Wiśnicza. Dali więc chłopi nam przejechać, wołając tylko:
- Mieliby my konie, brykę taką piękną, a za jego łeb byłoby 10 fl. Przyjechawszy do Wiśnicza, zajechaliśmy do karczmy; ale Żyd właściciel karczmy powiedział, iż w żaden sposób nas przyjąć nie może, dopóki nie będziemy mieli karty od samego starosty, że nam wolno schronić się do miasta. Mając w Wiśniczu wiele znajomych, niewiele więc sobie z tego robiąc, udaliśmy się do Bryla, który, jak-kolwiek pochodził z familii niemieckiej, miał jednak szlachetne serce i wierzył w Boga. Przyjął nas wprawdzie, ale zarazem powiedział, żeby niezwłocznie jechać do Bochni i wystarać się o pozwolenie starosty schronienia się do Wiśnicza, gdyż inaczej nawet na noc przyjąć nas nie może, a to dla surowego zakazu. Nie tracąc czasu, udaliśmy się do Bochni; na drodze spotkaliśmy z piętnaście powozów jadących w tym samym celu co i my pod eskortą przepłaconych chłopów, a to dla bezpieczeństwa, żeby ich inni nie napadli. Do Bochni dojechaliśmy szczęśliwie; przed samym miastem zrobiona była natenczas rogatka, na której był wówczas Hoschard*. Ten zastępował starostę, gdyż ten był słaby; jednym dawał karty, pozwalając się schronić do miasta, drugim kazał powrócić na wieś, gdzie go niechybna śmierć czekała, a wszystko to według swego upodobania. My jechali na ostatku za wszystkimi powozami, najdłużej musieliśmy czekać na wyrok, jaki ów niegodziwy człowiek nam ogłosi. Czekając tak blisko cztery godziny, byliśmy świadkami okropnego dramatu, na wspomnienie którego trudno się od łez wstrzymać. Może z jakich dwieście wozów przyjechało od strony Gdowa z zabitymi, rannymi, konającymi ofiarami, wszystko pod eskortą chłopów, którzy ich już pod samym miastem jeszcze szturkali widłami lub bili kijami. Co to był za straszny widok, widzieć zbitych i skrępowanych niewinnych obywateli, słyszeć krzyki rozpaczających kobiet, które także były skrępowane, ta płacze zabitego męża, ta zabitego ojca lub syna, ta zraniona prosi niegodziwych oprawców, żeby ją już do reszty zamordowali, a oni kłują widłami, aby przyczynić boleści, jakaś młoda i piękna panienka wyskakuje z wozu, pada do nóg Hoschardowi, prosząc, żeby ją raczej kazał zamordować, a ocalił życie ojca, który zraniony i skrępowany leży na tym wozie napełnionym trupami, lecz niegodziwy tyran kazał na powrót wsadzić na wóz młodą panienkę, gdzie ją chłopi targali za włosy. Wszystkie te wozy tak z żywymi, jak i z zabitymi przepuszczano do miasta, pytając się pierwej:
- A za co zabiliście tego lub owego pana? - Na co chłopi odpowiedzieli: - u tego znaleźliśmy fuzję, tamten kazał robić pikę, trzeci znów powiedział, że Jaśni Panowie są szelmy. Takie i tym podobne było tłumaczenie chłopów, bez którego nawet zupełnie mogłoby się obejść.
     Na jednej furze między rannymi leżał ksiądz powiązany. Kiedy ta fura stanęła przed tą rogatką, ksiądz poznaje Hoscharda, z którym żył w przyjaźni, prosi go więc i zaklina, żeby go kazał rozwiązać, lecz tyran zamiast uwolnić nieszczęśliwego starca, dać mu schronienie w mieście, powiedział chłopom, żeby go nie zabijali, tylko odwieźli na plebanię i pilnowali, żeby regularnie nabożeństwo odprawiał; biedny ksiądz, widząc, że jego prośba żadnego skutku nie wywarła, zaczął przemawiać słowami religii, zaklinał ich, ażeby się upamiętali, aby pamiętali na sąd Boga. Wtenczas, kiedy tak przemawiał do zbrodniarzy, chłopi tak go bili, że może w pół godziny żyć przestał, wymówiwszy te słowa: - Nie tyle ci winni, co zabijają, ale ci, co byli narzędziem do tego. Ja nie miałam wtenczas jak lat 6, bardzo więc mało zostało mi w pamięci owych wypadków, a to, co piszę, więcej wiem z opowieści rodziców niż z własnej pamięci. Kiedy na nas przyszła kolej, stanęliśmy przed rogatką zapytani przez Hoscharda, czego żądamy, odpowiedział ojciec, że karty bezpieczeństwa i pozwolenia mieszkania w mieście; Hoschard poszedł do swojej kancelarii, a po chwili przysłał z odpowiedzią; że ten ślepy pies, co jeździł na sesje do Kotarskiego, niech zdycha na wsi. Nie dostawszy więc pozwolenia mieszkania w mieście, trzeba było powrócić do Łąkty i poddać się pod cepy chłopów.
      Do Łąkty trzeba jechać na Wiśnicz. Przejeżdżając więc przez Wiśnicz wstąpiliśmy jeszcze do Bry-la, ażeby się na zawsze z nim pożegnać; ale poczciwy ten człowiek nie dał nam wracać do domu i narażając się na własne niebezpieczeństwo przyjął nas do swego domu. Na drugi dzień dowiedział się ojciec, że miejsce Hoscharda w ten dzień zastępuje (zapomniałam nazwisko), który ma być bardzo dobry, nająwszy sobie ojciec chłopów, pod ich eskortą udał się do Bochni i na swą prośbę otrzymał pozwolenie mieszkania w mieście. Odtąd więc mieszkaliśmy ciągle w Wiśniczu aż do listopada 1846 r.
Zaraz na drugi dzień po naszej ucieczce z własnego domu właśni poddani zupełnie nas zrabowali, tak że nawet piece poburzyli i żelazo z nich powyjmowali, książkami zaś, których było bardzo wiele, zrobili sobie drogę do browaru, gdyż wtenczas było błoto. Pierwej jednak nim zrabowali, stoczyli bi-twę z chłopami z innej wsi, którzy chcieli także zrabować. Kiedy się już wszystko uspokoiło, pojechała mama do Łąkty, ale niestety nic nie zastała, co nie zrabowali, na kawałki potłukli, jak np. meble, porcelanę, szkło itp., nawet żadnej szyby w oknie nie było; srebra, które przed rabunkiem matka zako-pała, zostały w całości, odkopawszy więc je, w wielkim sekrecie i tylko w obecności służącej, przywiozła je do Wiśnicza.
     Po tym rabunku położenie nasze było bardzo krytyczne, cały majątek przeszedł w ręce chłopów, a bardziej jeszcze Żydów, którzy zrabowane rzeczy za bezcen kupowali, nawet pieniędzy gotowych zapomnieli rodzice wziąć, mieli więc tylko 2000 fl. całego majątku i srebra wartości może 1000 fl. Niektórzy obywatele powracali do swoich wsi, inni mieszkali w mieście, my jednak bali się powrócić do Łąkty, chcieliśmy wziąć jaką dzierżawę w Krakowskiem, jako też na końcu listopada 1848 r. przyjechaliśmy do Krakowa, gdzie mieszkała wówczas ciotka Teofila i Zuzanna, jako też i ciotka Kuszańska.


Objaśnienia:
-------------------------
* dędać, poprawnie dyndać.
* Żegocina - wieś w powiecie bocheńskim.
-------------------------
* W starostwie bocheńskim było wówczas dwóch urzędników o nazwisku Hoschard: Ernst - późniejszy kierownik ekspedytu w magistracie krakowskim, a następnie audytor w starostwie bocheńskim, i Ferdinand - późniejszy kontroler w Urzędzie Celnym w Wiśniczu, a następnie kierownik Urzędu Celnego w Pilźnie. Nie wiadomo, o którego z nich chodzi w tym wypadku.
-------------------------
fl. - floren

złr. - złoty reński


 [powrót]